W przyszłym tygodniu rusza ponownie piłkarski sezon w Polsce. Najpierw zaległe ćwierćfinały Totolotek Pucharu Polski, a później PKO BP Ekstraklasa. Jest realna szansa, że się uda, choć jeszcze niedawno wydawało się to praktycznie niemożliwe...

Zbigniew Boniek: Wydaje mi się, że można być optymistą, ponieważ nasz protokół przewiduje wszystkie rozwiązania. Jesteśmy przygotowani w każdym elemencie. Oczywiście co innego, gdyby nastąpiła druga fala zakażeń koronawirusem, ale to będzie wówczas dotyczyć wszystkich dziedzin życia, nie tylko futbolu. Swoją drogą, z przymrużeniem oka patrzę na zachowanie niektórych naszych klubów, które dokooptowują kolejnych piłkarzy, zapominając zrobić im odpowiednie badania. Ponadto słyszę, jak jedne kluby skarżą się na drugie, że tamte robią potajemne sparingi. Wiadomo, że sparingi można organizować jedynie we własnym gronie, wewnętrzne. Z udziałem tych graczy, którzy są już zbadani. Niestety, chęć bycia mądrzejszym od innych czasami przeważa nad zdrowym rozsądkiem.

Czy jeżeli uda się dokończyć przerwany sezon, będzie to dla pana – jako prezesa PZPN – większą sprawą niż np. awanse polskich piłkarzy na mistrzostwa Europy i świata?

Z.B.: Nie. Wolę awanse reprezentacji, sukcesy piłkarskie na boisku. Uważam, że PZPN jest od tego, żeby pewne rzeczy nadzorować, przypilnować. Po prostu wykorzystywać swoją pozycję i wiarygodność, którą dzisiaj mamy w świecie ludzi decydujących o ważnych kwestiach. Dzięki temu mogliśmy doprowadzić do powrotu ekstraklasy, pierwszej i drugiej ligi. To trzeba szanować, ale wykonawcami tego projektu są - tam na dole - kluby i piłkarze. I to im powinno najbardziej zależeć. Natomiast przyznaję, że wskrzeszenie rozgrywek w takim terminie jak nasz nie było łatwe. Proszę zauważyć, że mogliśmy wznowić sezon nawet 23-24 maja, ale chcieliśmy dać drużynom kilka dni więcej na przygotowania.

Być może dzięki temu będzie mniej kontuzji w czerwcu i lipcu?

Z.B.: Kilka treningów więcej na pewno się przyda, natomiast z tymi kontuzjami nie przesadzajmy. Słyszę z różnych stron, że ryzyko urazów będzie teraz większe, ale ja tego nie rozumiem. Bo niby dlaczego ma być więcej kontuzji? Po prostu trzeba się dobrze przygotować. Wydaje mi się, że trzy, cztery tygodnie plus wcześniej dwa miesiące indywidualnych zajęć, bo nikt nikomu nie zabraniał ćwiczyć w taki sposób, to wystarczający czas, żeby zacząć grać.

Dokończenie sezonu oznacza być może uratowanie klubów będących w najtrudniejszej sytuacji, bo to m.in. kwestia otrzymania ostatniej transzy z tytułu praw telewizyjnych. Myśli pan, że polskie kluby wyciągną wnioski z sytuacji w czasie pandemii i w przyszłości będą lepiej zabezpieczone?

Z.B.: Dobre pytanie. Obawiam się, że w czasach wyjątkowych wszyscy żyją w sposób wyjątkowy, a później, gdy wróci normalność, to każdy robi to, do czego był wcześniej przyzwyczajony. Jeżeli obecna sytuacja nie nauczy klubów niczego, to będzie to bardzo smutne. Natomiast, prawdę mówiąc, gdybym chciał komuś głębiej zajrzeć do kieszeni, to niektórzy na tym koronawirusie wcale tak dużo nie stracili. Przecież obniżyli pensje piłkarzom, zmniejszyli wydatki, dostaną pomoc z tarczy PZPN-owskiej oraz państwowej. Tak naprawdę niewiele klubów w Polsce zarabia na dniu meczowym. Straty dotyczą może pięciu, sześciu najlepszych drużyn, a pozostałe – nie wydaje mi się, żeby miały z tym jakiś wielki problem.

Miał pan chwile zwątpienia, gdy np. Francja, Holandia czy Belgia ogłaszały przedwczesne zakończenie sezonu? Myślał pan wtedy, że skoro oni nie dają rady, to my też nie damy?

Z.B.: Nie, ponieważ my jesteśmy inni. W ciężkich sytuacjach umiemy się zjednoczyć i działać. Natomiast każdy przypadek jest inny. Czasami patrzę z przymrużeniem oka, jak analizujemy polską piłkę i mówimy, że np. w Niemczech to, a we Włoszech czy Hiszpanii tamto... Tam jeden piłkarz zarabia tyle, ile u nas łącznie cała drużyna. My mamy inną rzeczywistość, dlatego dostosowywanie naszych problemów do kłopotów innych jest niepotrzebne.

Każda federacja otrzymała od FIFA możliwość wprowadzenia pięciu zmian w meczu. Niemcy skorzystali z tej nowinki. Pan podobno nie jest jej zwolennikiem?

Z.B.: Nie jestem. Ta możliwość nie zostanie u nas wprowadzona. Będziemy tradycyjnie stosować trzy zmiany. Analizowałem, jak to wprowadzili Niemcy w trakcie rozegranej już kolejki. Pięć zmian robili głównie ci, którzy przegrywali. Ja uważam, że w ogóle zmiana regulaminu to bardzo poważna ingerencja w rozgrywki, które zostały tylko na jakiś czas zawieszone i teraz wznowione. Poza tym widzę problemy przy tych pięciu zmianach, choć na razie nikt o tym nie mówi...

Na przykład jakie?

Z.B.: Pamiętajmy, że pięć zmian można zrobić w trakcie maksymalnie trzech przerw. Czyli jeżeli ktoś będzie musiał dokonać szybko trzech zmian spowodowanych kontuzjami, to już następnych dwóch nie zrobi. Wyobraźmy sobie konkretną sytuację – drużyna musi zrobić trzy już w pierwszej połowie, bo np. trzeba zdjąć piłkarza z pola za ukaranego czerwoną kartką bramkarza, a później przytrafiają się dwie kontuzje. Czyli w drugiej połowie ten zespół już nie może zrobić żadnej, a przeciwnik dokona aż pięciu zmian. I co wtedy? Jeżeli Niemcy chcą z korzystać z tego projektu, niech korzystają. My w Polsce dokończymy rozgrywki zgodnie z dotychczasowymi zasadami i świat się nie zawali.

Czy ta wymuszona przerwa w rozgrywkach zmieni układ sił w naszej ekstraklasie i pomoże np. nieco słabszym? Czy jednak silni pozostaną silnymi? W Bundeslidze raczej niewiele się zmieniło – w miniony weekend zwycięstwa odniosły cztery z pięciu czołowych drużyn...

Z.B.: Czy u nas silni pozostaną silnymi? Kiedy patrzę na wyniki naszych drużyn w europejskich pucharach, to tych silnych za dużo nie widzę... Więc powiem tak – ci najwięksi pozostaną największymi, a ci mniejsi będą wciąż mniejszymi.

Ale czasami zdarza się, że dłuższa przerwa wytrąca z rytmu tych, którym dotychczas szło dobrze i byli na fali, a słabszym daje więcej czasu na poprawę i wyciągnięcie wniosków...

Z.B.: Wszyscy mieli identyczne warunki do przygotowań i mogli tak samo pracować. Nic się wielkiego nie stało, mieliśmy po prostu dwumiesięczną przerwę, a już od pewnego czasu drużyny mogą normalnie trenować.

Gdzie się odbędzie w tym sezonie finał Pucharu Polski?

Z.B.: Gdy już będziemy wiedzieć, kto gra w półfinale, to będziemy mogli podjąć decyzję, gdzie zorganizować decydujący mecz. Taki finał, nawet w trudnych czasach, musi mieć swoją oprawę i wygląd. Chcemy na pewno jakiegoś fajnego, małego stadionu. Jeżeli będziemy grać bez kibiców, to zamierzamy za jedną i drugą bramką ułożyć tzw. sektorówki obu klubów, myślimy również o innych rzeczach. Niech finał pozostanie finałem. Niestety, z wiadomych względów nie możemy grać na PGE Narodowym, ale dajmy najpierw drużynom pograć i poczekajmy na rozstrzygnięcia.

Niedawno przedłużyliście do końca 2021 roku kontrakt z selekcjonerem Jerzym Brzęczkiem. W umowie jest istotna klauzula, która w sierpniu 2021 roku daje PZPN możliwość rozwiązania umowy. Jak dodaliście na stronie związku, w tym okresie zakończy się pana kadencja na stanowisku prezesa. Czy to przesądza sprawę daty wyborów?

Z.B.: Moja kadencja może teoretycznie trwać do 30 września 2021, natomiast skończy się na pewno przed 31 sierpnia. Później będą przecież mecze reprezentacji. Zobaczymy, kiedy w ogóle będą mogły się zebrać wojewódzkie związki i kiedy my będziemy mogli przeprowadzić zgromadzenie wyborcze. Na ten moment nigdzie nie nastąpiły żadne wybory, ponieważ nie można ich zrobić, skoro jest zakaz zgromadzeń. Czyli w grę wchodzą różne daty.

Jakie?

Z.B.: Możemy zrobić wybory zaraz po mistrzostwach Europy 2021, ale jakieś 20-30 dni po turnieju, żeby dać kandydatom możliwość przeprowadzenia kampanii. Przecież w trakcie Euro nie będzie klimatu do tego, żeby mówić, kto zostanie prezesem PZPN. Oczywiście pod warunkiem, że zrobimy to po mistrzostwach. Bo jeżeli zdecydujemy się na wybory przed turniejem, to może w marcu lub w maju. Jedno jest pewne – teraz nie ma możliwości zrobienia zjazdów wojewódzkich związków. To są mrzonki. No bo jak się zbierze np. Dolnośląski ZPN z 700 delegatami? Ale spokojnie... Najpierw dokończmy piłkarski sezon. Klauzula w umowie z selekcjonerem jest po to, żeby nowe władze miały komfort podejmowania niezależnych decyzji.

Miał pan jakieś wątpliwości, czy przedłużać umowę z trenerem Brzęczkiem?

Z.B.: To pytanie jest bezzasadne. Jak sobie dobieram współpracowników, to wydaje mi się, że nie robię błędów w momencie ich doboru. Natomiast później, żeby się ze mną rozstać, to naprawdę muszą dziać się dziwne rzeczy. Ja mam do Jurka stuprocentowe zaufanie i uważam, że gdyby nie nazywał się Brzęczek, tylko np. "van Brenk" czy coś takiego i mówiłby w innym języku, to byłby inaczej odbierany. Reprezentacja wygrała osiem z 10 meczów w ostatnich eliminacjach. Oczywiście zawsze można lepiej grać. Słyszę jakieś teorie, że mamy najlepszą grupę zawodników w całej historii polskiego futbolu i odpowiadam - nie przesadzajmy... Mamy dwóch, trzech piłkarzy światowej klasy, kolejnych trzech, czterech znakomitych i wielu dobrych. Mamy fajny, mocny zespół, który jednak - żeby dobrze funkcjonować - musi grać na maksymalnym spięciu psychicznym. Pamiętam twarze naszych piłkarzy, gdy wygrali z Niemcami 2:0 w eliminacjach Euro 2016 albo po rzutach karnych ze Szwajcarią w 1/8 finału tego turnieju. I to trzeba odbudować. Należy też wprowadzać młodych graczy do kadry i po to również jest trener Brzęczek.