Jedną z metod aborcji w UK jest aborcja chemiczna, tzw. pigułka aborcyjna. Polega na tym, że kobieta chcąca zabić swoje dziecko przyjmuje tabletkę mifepristonu – środka, który powstrzymuje produkcję hormonu potrzebnego do utrzymania ciąży. Następnie po upływie jednego do dwóch dni przyjmuje kolejną tabletkę, misoprostol, która wywołuje poronienie. Pierwsza z tych tabletek jest wydawana tylko w szpitalach, drugą za zgodą lekarza można przyjąć w domu, ale trzeba wybrać się po nią osobiście do kliniki aborcyjnej. 

W poniedziałek Departament Zdrowia i Opieki Społecznej poinformował na swojej stronie internetowej, że z powodu epidemii koronawirusa i konieczności izolacji społecznej wprowadził dwa tymczasowe rozwiązania, które mają za zadanie zapewnić ciągły dostęp do aborcji. Jednym z nich było pozwolenie na to aby kobiety mogły przyjmować obie pigułki we własnym domu a drugim pozwolenie lekarzom na zdalne wypisywanie recept na nie z własnych domów. Z tekstu rozporządzenia wynikało, że zmiany te zostały zaaprobowane osobiście przez sekretarza Matta Hancocka. Z dołączonego tekstu rozporządzenia można było wywnioskować, że domy ciężarnych kobiet oraz lekarzy zostały uznane za miejsca odpowiednie do przeprowadzania aborcji, przez co te zmiany stały się legalne w świetle już istniejącego prawa. 

Wprowadzenie tych zmian wywołało wielką radość brytyjskiej lewicy. Tamtejszy oddział Amnesty International zdążył nawet rozpocząć kampanię mającą na celu rozszerzenie ich oddziaływania na Irlandię Zachodnią, gdzie wykorzystując kryzys polityczny tamtejszego rządu Londynowi udało się ostatnio zalegalizować aborcję na życzenie. 

Radość ta nie potrwała jednak długo. Już po kilku godzinach tekst rozporządzenia zniknął bowiem ze strony Departamentu. Zamiast niego pojawiło się oświadczenie, że został opublikowany przez pomyłkę i żadne zmiany w prawie aborcyjnym nie są planowane. Niedługo potem potwierdził to ich rzecznik prasowy. 

Na razie nie wiadomo jak mogło dojść do takiej „pomyłki”, przedstawiciele rządu nabrali w tej sprawie wody w usta. Nieoficjalnie mówi się, że o sprawie zrobiło się tak głośno, że prawicowy rząd wystraszył się reakcji własnego elektoratu. Miał ich wystraszyć fakt, że Stowarzyszenie Ochrony Nienarodzonych Dzieci (SPUC), najstarsza i największa brytyjska organizacja antyaborcyjna, zagrozili zaskarżeniem tej sprawy do sądu, co na pewno wywołałoby spory skandal, który w efekcie mógłby mocno zaszkodzić wyborczym szansom Torysów. 

„Dzięki Bogu, że taki niebezpieczny ruch – dla nienarodzonych dzieci i ich matek – nie jest jednak wprowadzany przez rząd. Cieszy nas poprawione oświadczenie rządu. Będziemy jednak trzymać prawników w pogotowiu” - skomentował szef SPUC John Smeaton - „Jest oczywiście niepokojące i niezwykłe, że taka pomyłka mogła mieć miejsce, ale teraz jest czas na modlitwy dziękczynne a nie wzajemne oskarżenia – i przede wszystkim na dalsze zachowywanie czujności”.