Wszyscy zastanawiamy, czy ten koszmar związany z trwającą epidemią się skończy? W swoim wykładzie opublikowanym na You Tube, powiedział pan „Jeżeli ten wirus zostanie z nami, to w przyszłości prawdopodobnie przestanie stanowić dla nas poważne zagrożenie”. Czy koronawirus przestanie wobec tego zabijać, czy po prostu zmniejszy się skala jego oddziaływania?

Prof. dr hab. Krzysztof Pyrć: Moim zdaniem obie te rzeczy się wydarzą. Tu będzie podobnie jak z grypą „Hiszpanką”. Gdy grypa „Hiszpanka” w 1918 r. „przewaliła” się przez świat - zabiła miliony osób – po czym została z nami na wiele lat. Po kolejnych pandemiach została zastąpiona przez inne szczepy. W 2009 roku mieliśmy pandemię tzw. „świńskiej grypy”. Ona również z nami została i co roku chorujemy na ta tzw. „świńską grypę”. Pandemie rzadko znikają bez śladu. To my się do nich adoptujemy, dlatego, że – po pierwsze – skala ich oddziaływania jest znacznie mniejsza, bo po przechorowaniu zyskujemy częściową lub całkowitą odporność na zakażenia. Z czasem jest więc znacznie mniej osób, które są „skłonne” przenosić takiego wirusa. Im więcej będzie „ozdrowieńców” tym wolniej się będzie przenosił, bo mniej będzie miał „celów” w społeczeństwie. 

A drugie – będziemy mieli jakąś podstawową odporność. Nawet, jeżeli to nas nie uchroni przed kolejnym zachorowaniem, to będzie ono prawdopodobnie łagodniejsze. Ja bym zakładał, że ten wirus (jeżeli on zostanie z nami) to po jakimś czasie stanie się takim wirusem jak grypa, czy nawet jak przeziębienie. 
Jeżeli każdy z nas przechoruje COVID-19 w dzieciństwie, to śmiertelność może spaść do zera. Tak jest w przypadku pozostałych ludzkich koronawirusów, które powodują przeziębienie. Do ósmego roku życia każdy z nas przechodzi zakażenie i nasz układ immunologiczny już od dzieciństwa „uczy się” jak radzić sobie z tymi patogenami. 

Zakażenie wirusem SARS-CoV-2 często (ponoć nawet w 80 proc. przypadków) przebiega bezobjawowo lub bardzo łagodnie. Jest w związku z tym trudny do zdiagnozowania, a to z kolei oznacza, że rzeczywista skala zakażeń może być wielokrotnie wyższa niż nam się zdaje. Gdyby więc przyjąć, że np. 1/3 populacji została zainfekowana koronawirusem (choć o tym nie wiemy) to wówczas śmiertelność stanowiłaby bardzo niewielki odsetek. Być może mniejszy niż w przypadku zwykłej grypy.

- Może tak być, ale – widzimy co się dzieje w Lombardii. W tym momencie wszelkie dyskusje na temat tego, czy śmiertelność to 3 proc., 10 proc., czy 0,4 proc., są kompletnie bezproduktywne - nie wiemy ile osób jest faktycznie chorych. Natomiast niebezpieczne jest, że cała populacja jest wrażliwa na zakażenie. Nie mam zaszczepionych, nie ma ozdrowieńców, czyli teoretycznie wirus może się rozpychać dopóki wszyscy się nie zarazimy. Jeżeli jednak wszyscy zachorujemy w jednym momencie to system opieki zdrowotnej nie wytrzyma i śmiertelność pójdzie wówczas w górę. To widać teraz na południu Europy. System jest na tyle przeciążony, że osoby powyżej pewnego wieku nie są zaopiekowane. Siłą rzeczy szanse tych osób na przeżycie spadają dramatycznie. 

Kolejnym problemem, jest to, że niewydolna służba zdrowia wiąże się z konkretnymi konsekwencjami dla nas, bo jeżeli nam się zrobi „ostry wyrostek’, to nam nikt nie pomoże. Wyzwanie stanowi więc skala problemu. Osobiście nie boję, że się zarażenia, nie jestem w grupie ryzyka dla tego wirusa. Boję się konsekwencji tego, że wszyscy się rozchorują w jednym momencie.

Skąd się biorą takie paskudztwa jak ten koronawirus i czy nauka jest w stanie przewidywać możliwości ich powstawania? Czy jest w stanie jakoś przeciwdziałać zanim dojdzie do epidemii w takiej skali z jaką mamy do czynienia obecnie?

- Te paskudztwa się biorą zawsze z tego samego. Mamy wirusy zwierzęce i chociaż bardzo rzadko przenoszą się one pomiędzy gatunkami, to raz na jakiś czas dochodzi do takiego transferu. Wirusy charakteryzują się bardzo wysoką zmiennością i czasem pojawia się wariant, który może zarażać człowieka. Jeżeli ten wariant się pojawi i dojdzie do kontaktu - człowiek- zwierzę – to może przenieść się na człowieka. Jeżeli zaś, wirus ten w wystarczającym stopniu dopasuje się do organizmu człowieka – mamy pandemię. Takich przykładów mamy sporo – począwszy od grypy o której wcześniej rozmawialiśmy, poprzez takie cuda jak wirus ZIKA, po koronawirusy. 

Czy można przewidywać? My wiedzieliśmy, że się pojawi nowy koronawirus u ludzi. W 2002 r. był SARS, w 2012 r. był MERS, więc logiczne wydawało się że koło roku 2020 pojawi się kolejny - mamy SARS-2. Są prace opublikowane wiele lat temu – zresztą sam parę popełniłem – gdzie jest powiedziane, że TAK – to się wydarzy. Problem polega na tym, że na ten moment nie jesteśmy w stanie przewidzieć gdzie się pojawi, kiedy dokładnie się pojawi i jakie będą tego efekty. To jest podobnie jak w totolotku – wiemy, że ktoś prawdopodobnie wygra, może w tym losowaniu, może za dwa losowania, ale nie potrafimy powiedzieć kto wygra, bo nawet nie wiemy kto gra.

Jak zwykle w przypadku tak spektakularnych i niecodziennych sytuacji, pojawiają się liczne spekulacje, ocierające się wręcz o teorie spiskowe. Czy możliwe jest to, że ten patogen został „wyhodowany” w jakimś laboratorium w niecnym celu i mieliśmy do czynienia z niekontrolowanym „wyciekiem”, albo – co gorsza – z celowym wypuszczeniem tego wirusa?

- Nie istnieje technologia, ani wiedza, która pozwoliłaby na stworzenie takiego patogenu. Na pewno nie został on stworzony. Wszelkie opowieści o tym, że jest to hybryda HIV i SARS, to jest kompletna bzdura. Nie ma to żadnych podstaw biologicznych.  

Ja z zasady sprzeciwiam się tego typu opowieściom. Logika więc każe nam zakładać, że skoro spodziewaliśmy się pojawienia się nowego koronawirusa u ludzi mniej więcej w tym terminie i on się pojawił, to szukanie drugiego dna jest bezcelowe.