Jest rzecz, w której „365 dni” jest lepsze od „50 twarzy Greya”. Dziwić mogło, że amerykański film sprzed pięciu lat rozpalał emocje części publiczności. Historia Greya to bowiem opowieść o wykorzystywanym w młodości mężczyźnie, nad którym fizycznie i psychicznie znęcała się starsza kobieta. Jego fascynacje erotyczne były zbudowane na chorej i bardzo krzywdzącej relacji, za którą kobieta powinna trafić za kratki, a młody mężczyzna powinien być objęty opieką psychiatryczną. Tymczasem twórcy książki i filmu uznali, że takie doświadczenia z młodości posłużą za podstawę do zbudowania tak niezwykłych wyobrażeń na temat relacji seksualnych, że Grey w finałowej sekwencji po prostu pobił swoją piękną dziewczynę Anastasię. Niestety trudno tę scenę zapomnieć. Obudowanie produkcji otoczką dreszczyku emocji lub wskazówek dla aktywnych seksualnie par było totalnym nieporozumieniem kaleczącym widzów i ich związki.

W „365 dniach” nie mamy tej podręcznikowej psychodramy. Choć jest inna. Tu włoski kochanek Massimo (Michele Morrone) ma tę tajemnicę, że jest gangsterem i jako członek mafii przywykł do tego, by mieć kontrolę nad kobietami, które całe życie sprowadzał do spełniania swoich zachcianek, nie dbając nigdy o ich komfort czy potrzeby. Wszystko się odmienia, kiedy poznaje na Sycylii polską turystkę Laurę (Anna Maria Sieklucka). Mężczyzna wziął za punkt honoru rozkochanie w sobie kobiety. Ta najpierw, jak w kiepskim dowcipie, opiera się mu, a potem już tylko o ścianę. Płomienny romans w pięknej scenerii mógłby zadowolić spragnionych erotycznych scen widzów bardziej, gdyby wycięto dialogi, a produkcję zmontowano tylko z „momentów”.

Wszystko w warstwie scenariuszowej jest tu bowiem porażką, na czele z infantylnymi dialogami. W realizacji więcej jest śmieszności niż kina. Błyszczyk na ustach po przebudzeniu, ten sam manicure przez całą fabułę, tragicznie doklejane rzęsy, które z nieznanych powodów stały się chyba ulubionym obiektem dla operatorów, i szczególne zamówienie, które ma wybredna kochanka na Sycylii – chce jeść pierogi. Do tego, gdy już mówi po polsku (bo rozmawia z Włochem po angielsku), to głównie przeklina. Pozostaje mieć nadzieję, że może chociaż te pierogi były pikantne.