Jeszcze zanim cokolwiek było wiadomo na temat rozwoju sytuacji i na temat tego, w jaki sposób do ataku na bazy wojskowe, w których obok amerykańskich żołnierzy stacjonują również polscy, odniosą się państwa, z którymi pozostajemy w wojskowym sojuszu, usłyszeliśmy jednolity chór. W tej sprawie taki sam pogląd reprezentują nie tylko wszystkie nurty dzisiejszej sejmowej lewicy – od starych postkomunistów poprzez postępowców z Razem aż po tęczowych przyjaciół Roberta Biedronia z dogorywającej Wiosny, lecz także wszystkie inne ugrupowania opozycyjne w polskim parlamencie. Rezolutna poseł Jachira z Koalicji Obywatelskiej złożyła interpelację poselską, w której pytała o cele naszej obecności w Iraku, lider PSL i kandydat na prezydenta stwierdził wprost, że polskie wojska powinny przerwać misję i wrócić do kraju, a Grzegorz Braun i jego konfederaci zażądali dokładnie tego samego, występując na konferencji prasowej. Zagadek i pozornych sprzeczności w tych stanowiskach jest bez liku. Lewica zjada właśnie własny język, bo to za czasów rządów Leszka Millera, Aleksandra Kwaśniewskiego i Marka Belki polskie wojska wysłane zostały do Iraku, miały tam nawet swoją „strefę okupacyjną”. Marek Belka, dzisiejszy eurodeputowany wybrany z list Platformy Obywatelskiej, były premier rządu SLD, pełnił od 2003 roku funkcję szefa Koalicyjnej Rady Koordynacji Międzynarodowej w Iraku i do 2004 roku odpowiadał w zainstalowanych tam władzach za reformę walutową, wprowadzenie nowego systemu bankowego i nadzór nad gospodarką. Najbardziej komiczne w tej sprawie są łamańce konfederatów, mających usta pełne frazesów i słusznego oburzenia związanego z unijną polityką migracyjną, która ułatwia islamskim terrorystom przeprowadzanie kolejnych zamachów na terenie Unii Europejskiej, a jednocześnie po pierwszym ataku ze strony Iranu – państwa finansującego międzynarodowy terroryzm – na polskich żołnierzy z tym terroryzmem walczących w miejscu jego powstawania żądają natychmiastowego podkulenia ogona i szybkiego wycofania ich nad Wisłę. Bazy, które zaatakowane zostały przez irańskie rakiety, prowadzą na Bliskim Wschodzie walkę z ISIS. Organizacją terrorystyczną, która z obcinania głów katolikom, filmowania tych barbarzyńskich aktów i wrzucania ich do sieci uczyniła metodę polityczną. Podobnie jak ze wspierania kryzysu migracyjnego, wysyłania zamachowców na ulice miast w Europie w celu zabijania obywateli wszystkich państw Unii. W tym również Polaków. Nasza obecność w tej części świata związana jest właśnie ze zwalczaniem tych barbarzyńców, nawet jeśli bezpośrednio żołnierze znajdujący się w tych bazach takich działań nie przeprowadzają. Jednak ten aspekt praktycznie nie pojawia się w wypowiedziach polityków, którzy najwyraźniej uznali w ciągu kilkunastu godzin spekulacji dotyczących wybuchu wojny, która nie nastąpiła, że warto wykorzystać medialne napięcie i naturalne obawy do straszenia wyborców. Bo to w wyobrażeniu polityków może przynieść kilka punktów w sondażach partyjnych. Jest jednak jeszcze jeden wspólny mianownik tych stanowisk. Postulat jednostronnego wycofania wojsk bez konsultacji z militarnymi partnerami to również kwestionowanie sensu wypełniania przez Polskę zobowiązań sojuszniczych. Politycy Lewicy, PO i Konfederacji jednym głosem wzywają do tego, aby Polska w istocie zdradziła swoich sojuszników, m.in. Stany Zjednoczone.

Tych samych sojuszników, którzy w ciągu ostatnich czterech lat realizowali swoje zobowiązania względem nas. Między innymi lokując w Polsce kilka tysięcy żołnierzy i najnowocześniejszy sprzęt wojskowy w celu zwiększenia naszej ochrony przed agresywnym sąsiadem – Rosją. Rosją, która – tak się składa – jest również militarnym sojusznikiem reżimu w Iranie i jest bezpośrednio zainteresowana tym, żeby amerykańskich i natowskich wojsk nie było w Polsce czy w innych państwach wschodniej flanki NATO. Gdyby w Polsce władzę sprawowała sejmowa koalicja Lewicy, Platformy i Konfederacji i zechciała zrealizować te niebezpieczne pomysły – nasi natowscy sojusznicy mieliby pełne prawo zachować się symetrycznie i wycofać wojska współpracujące z nami w obronie naszych granic. Realizacja tego celu to strategiczne marzenie naszych wschodnich sąsiadów, którzy wdrażają już podobne scenariusze w Gruzji, na Krymie, na Ukrainie i w paru innych miejscach świata.