Inna sprawa, że ich zdanie ma charakter nieprawomyślny i sprzeczny z przeważającą w światowej agendzie narracją. Dlatego w mediach dominuje przekaz, że wahania temperatury to wina ludzkości. Na tej podstawie rozkręca się międzynarodową histerię, w ramach której kreślone są nieznośne wizje nadchodzącej katastrofy.

Aby wzmocnić napięcie w propagandzie na rzecz walki ze zmianami klimatu, wykorzystuje się dzieci, powstaje swoista moda na tzw. dziecięce strajki klimatyczne, polegające na zwykłym wagarowaniu i przy tej okazji wznoszeniu haseł o rzekomym niszczeniu środowiska naturalnego. 

Doszło do tego, że w naprawdę skomplikowanej materii, jaką jest dyskusja o wpływie człowieka na środowisko, kluczowy głos daje się dzieciom, niemającym przecież w tej kwestii żadnych kompetencji merytorycznych. Zważywszy, że ta tematyka ma niezwykle poważne konsekwencje etyczne, społeczne i gospodarcze, dziwić musi, że akurat nastoletnia młodzież ma spełniać tu rolę wyroczni. Co będzie dalej? Sympozja dzieci na temat metod walki z nowotworami? Szkolenia prowadzone przez uczniów podstawówek, jak uniknąć globalnego konfliktu jądrowego? 

W tej obłędnej atmosferze upycha się zielony ład, chyba główny element programu Ursuli von der Layen, nowej szefowej Komisji Europejskiej. Jakie mogą być skutki walki z emisją gazów cieplarnianych? Z perspektywy gospodarczej naprawdę opłakane. Spójrzmy na to, co obecnie dzieje się w Polsce. Rosnące ceny energii to jeden z najpoważniejszych problemów polskich przedsiębiorstw. Ale skąd ten wzrost? Czy zadziałał tu znany rynkowy mechanizm popytu i podaży? Absolutnie nie! Są one efektem regulacyjnych manipulacji Brukseli. W największym skrócie dąży ona do tego, aby energia produkowana z węgla była jak najdroższa, zmuszając firmy do kupowania uprawnień do emisji CO2 i jednocześnie systematycznie ograniczając ich dostępność. Efekt: skokowy wzrost cen energii w krajach, w których w miksie energetycznym węgiel odgrywa istotną rolę. 

Nie ma to nic wspólnego z mechanizmem rynkowym, to zwykłe manipulowanie cenami, aby osiągnąć ideologiczny cel. Dotąd zresztą nie wiadomo, kto za to zapłaci.

Transformacja energetyczna, jakiej oczekuje od nas Unia, to koszt idący w setki miliardów euro. Sami nie mamy szans, aby go udźwignąć. Nie mówiąc już o tym, że w trakcie owej transformacji wiele gałęzi polskiego przemysłu może zostać kompletnie zrujnowanych. Te same towary zamiast u nas, będą wytwarzane na Białorusi czy Ukrainie, krajów tych nie obowiązują bowiem unijne mechanizmy związane z emisją CO2. A warto jeszcze dodać, że szaleńcza polityka Unii to podana na tacy przewaga konkurencyjna dla Chin, Indii i innych państw, których także ograniczenia emisyjne nie obowiązują. 

Cieszy zatem, że polski rząd potrafił się postawić i póki co nasz kraj nie musi walczyć o neutralność emisyjną do 2050 r. Nie oznacza to, że sprawa jest załatwiona i nic nam nie grozi. O cenach energii już wspomniałem, najpewniej także dostęp do środków unijnych będzie powiązany z celami klimatycznymi UE, a trzeba także wspomnieć o dostępie do finansowania w takich instytucjach jak Europejski Bank Inwestycyjny. O środowisko naturalne warto i trzeba dbać, ale nie można ulegać ideologicznemu szaleństwu, za które przyjdzie zapłacić ogromną cenę. To wszystko zaś uderzy w nas w momencie rozwojowym, w którym obecnie bogate kraje Unii były wtedy, kiedy organizowały się w ramach wspólnoty mającej w nazwie węgiel (sic!). 

Autor jest ekspertem Rady Gospodarczej Strefy Wolnego Słowa