Mistrzem porządków nie jestem, ale zawsze pocieszam się, spoglądając na swoje biurko, że „twórczy nieład” jest na nim mniejszy niż na biurku św. Maksymiliana. Z książkami jest niewiele lepiej. Owszem, kiedyś ułożyłem je w pewnym porządku, ale wciąż ich przybywa, i nie jest łatwo go utrzymać. Efekt jest taki, że niekiedy spędzam wiele godzin na poszukiwaniu niezbędnej mi w danym momencie książki. Tak było kilka dni temu, gdy szukałem lektury dla mojej córki i powieści pewnego amerykańskiego postmodernisty (skądinąd katolika). Ich znaleźć mi się nie udało, ale zamiast tego wpadła mi w ręce, kupiona trzy lata temu, książeczka św. Teresy od Dzieciątka Jezus – „Żółty zeszyt”.

Zacząłem ją przeglądać i tak mnie wciągnęło, że wczoraj do późnego wieczora czytałem tylko Małą Tereskę. Nie będę wynotowywał wszystkiego, co mnie u niej uderzyło, ale na początek Nowego Roku nie mogę nie podzielić się jej własną receptą na szczęśliwe życie, receptą, która może się stać noworocznym postanowieniem, by ją w tym myśleniu naśladować. „Zawsze widzę we wszystkim dobrą stronę. Są osoby, które przyjmują wszystko tak, aby sprawiło im to jak najwięcej trosk. W moim przypadku jest odwrotnie. Jeżeli mam samo tylko cierpienie, jeżeli niebo jest tak ciemne, że nic go nie rozjaśnia – czynię z tego moją radość” – pisała, warto mieć świadomość, że na łożu śmierci, Mała Tereska.

Odnosząc się zaś do śmierci, pisała tak: „To nie śmierć po nas przyjdzie, ale dobry Bóg. Śmierć nie jest zjawą, jakimś strasznym upiorem, jak przedstawia się ją na obrazach. Katechizm mówi nam, że »śmierć jest rozdzieleniem duszy i ciała«, i tylko tym”. Dość cytatów. Zachęcam do lektury, bo ta książka to niesamowita opowieść o umieraniu, które jest początkiem, a nie końcem, które jest tęsknotą za nadejściem Pana, a nie lękiem, choć i lęk także jest. To wreszcie niezwykłe świadectwo wiary dziecięcej, która jest mistyką. Nie sposób się oderwać.