Dlatego z pewnym zaskoczeniem można przyjąć fakt, że ten sam Grzegorz Schetyna podjął decyzję, iż w wyborach na szefa partii (w których nie weźmie udziału) rekomenduje właśnie… Tomasza Siemoniaka: „Po czterech latach trudnej pracy zostawiam PO, zamykam ten etap; najlepszym kandydatem dla PO w następnej kadencji na przewodniczącego będzie Tomasz Siemoniak” – oznajmił Schetyna. „Przychodzi czas na nowych ludzi” – dodał, wspierając Siemoniaka i nazywając go „najlepszym z możliwych”.

Trudno powiedzieć, kiedy Schetyna mówił szczerze – czy wówczas, gdy w sposób dość bezceremonialny określił swojego partyjnego kolegę mianem człowieka bez właściwości, czy teraz, gdy wskazuje, że to „najlepszy z możliwych”. A może to wcale nie jest sprzeczne? Pierwsza tura wyborów szefa PO odbędzie się 25 stycznia, oprócz Siemoniaka gotowość startu w wyścigu o fotel przewodniczącego zadeklarowali Borys Budka, Joanna Mucha, Bartosz Arłukowicz i Bogdan Zdrojewski. Może jest więc tak, że Schetyna naprawdę doszedł do wniosku, że na tym bezrybiu to właśnie Siemoniak pomimo swych wad jest najlepszą z możliwych kandydatur? To możliwe. Podobnie jak to, że wskazując na „człowieka z drugiego szeregu”, liczy na to, że po jego ewentualnej wygranej będzie mógł wciąż zarządzać partią z tylnego siedzenia? Gdyby bowiem stało się inaczej i ster objąłby ktoś ze wspomnianej czwórki, Schetyna mógłby w tym samym momencie udać się na polityczną emeryturę. A może jest jeszcze inaczej i Schetyna, niczym owiany złą sławą kapitan Francesco Schettino z wycieczkowca „Costa Concordia”, rejteruje właśnie z tonącej łajby pod banderą PO?  Wszystko jest możliwe. Oprócz tego, że Platforma znów wypłynie na pełne morze, oczywiście.