Macron pewnie chciał pokazać, że jest wielkim graczem, głową mocarstwa atomowego, politykiem, który patrzy i widzi szerzej, dalej. Tymczasem został de facto sprowadzony do parteru i przez część francuskich mediów, i przez kanclerz Niemiec, i szefa NATO. A na końcu przez prezydenta USA Donalda Trumpa, który określił słowa Macrona jako paskudne („nasty statement”). Trump nie mógł nie skorzystać z okazji, by zaprezentować się na tle Macrona jako odpowiedzialny polityk. To prawda, francuski prezydent poruszył realny problem słabnięcia Sojuszu, ale wina leży nie tylko po stronie Stanów Zjednoczonych. Chodzi też o to, że za wcześnie obwieścił koniec NATO i nowy reset z Rosją. Ostatni szczyt w Londynie pokazał, że NATO wcale nie jest martwe. A najnowsze afery szpiegowskie w Niemczech i Hiszpanii z Rosją w tle uświadomiły, że jeszcze nie czas na prawdziwe ocieplenie.