Były więzień obozu Bogdan Bartnikowski wspominał, że 13 sierpnia 1944 r. do budynku sauny szła wieczorem wielka gromada kobiet i dzieci przywiezionych z powstańczej Warszawy. "Pierwsze słowa jakie słyszeliśmy wówczas, szczególnie skierowane do nas dzieci, to były w języku niemieckim - kleine polnische banditen aus Warschau (mali polscy bandyci z Warszawy -red.)" - mówił Bartnikowski.

Wspominał, że jako 12-latek znalazł się wśród kobiet przywiezionych do obozu, chociaż już na rampie powinien odejść do obozu męskiego, ale chciał być jak najdłużej z matką i dlatego udało mu się przejść do młodszych dzieci i kobiet, które zostały skierowane do łaźni.

Tłumaczył, że kiedy weszli do łaźni kazano się wszystkim rozebrać, co był dla niego szokiem, ponieważ jako 12-letni chłopiec, musiał być nago wobec tłumu kobiet.

Nie wiedziałem co mam zrobić z oczami, żeby nie widzieć tych nagich kobiet wokół mnie. Nie mieliśmy kontaktu z wodą, z myciem się przez kilkanaście dni, pomieszczenie, w którym rozbieraliśmy się było wypełnione potem z dawno nie mytych ciał

- wspominał.

Mówił, że w łaźni dochodziło do "pseudomycia" bez mydła, ciepłej wody i możliwości wytarcia się. "Przepędzano nas do następnej sali, już była noc, ciemno i nago w tej sali siedzieliśmy całą noc. Jednocześnie chcę być cały czas bliziutko razem z moja matką, a jednocześnie bardzo bym chciał, żeby mnie nikt nie dotykał, nawet ona" - wspominał.

Bartnikowski mówił, że następnego dnia więźniowie zostali przepędzeni do obozu kobiecego, do bloku dziecięcego, gdzie było ok. 350 dzieci w wieku do 14 lat. "To było moje pierwsze wrażenie z tym budynkiem, z tą sauną" - mówił.

Podzielił się też drugim wspomnieniem związanym z tym budynkiem. Opowiadał, że w styczniu 1945 r. jego numer więźnia został wyczytany i razem z kilkoma chłopcami w jego wieku został skierowany właśnie tutaj. 

Nie wiedzieliśmy, gdzie idziemy, po co, bo przecież nikt nam tutaj nic nie tłumaczył, my byliśmy po prostu więźniami, podludźmi, ale okazało się, że tutaj, w tym budynku, czeka na nas gromada naszych rówieśników z obozu kobiecego - dzieci, od zupełnie malutkich do takich jak ja i nieco starszych 14-letnich i z tą gromadą dzieci są także matki i wśród nich jest moja matka

- mówił Bartnikowski.

Jak wspominał, po ponownej "parodii mycia" i ubrania się w "nieco lepsze łachy" zostali popędzeni w kierunku stacji kolejowej.

"Po tej łaźni szedłem trzymając się za rękę razem z matką i to był wielki dzień, dlatego że od początku jak tutaj w sierpniu 1944 r. przyjechaliśmy i pytaliśmy, kiedy będziemy wolni, to starzy więźniowie, kapo, tylko się śmiali (i mówili): „na wolność byście chcieli, widzicie te kominy, stąd na wolność wychodzi się przez te kominy, tu innej drogi nie ma na wolność”" - wspominał.

"I nagle okazało się, że ta droga jest, że idę razem z matką, nie na wolność, jesteśmy w dalszym ciągu więźniami, idziemy po prostu do innego obozu, ale wychodzimy stąd z Birkenau, skąd jak nam mówiono się nie wychodzi, ale my wierzyliśmy, że wyjdziemy. I tutaj, w tej sali, to jest można powiedzieć jakby przedsionek, dla nas przynajmniej, to był przedsionek piekła, które miało zacząć się już następnego dnia w obozie kobiecym, w obozie męskim" - mówił Bartnikowski.