Nikt nie powie, że pomysł powołania do życia „Gazety Polskiej Codziennie” był z gatunku racjonalnych. Przeciwko nam było wszystko – od koniunktury na rynku prasy (dość powiedzieć, że od tamtej pory, tj. od 2011 r., żaden dziennik nie wszedł na rynek na dłużej niż kilka chwil) po polityczny klimat. „Codzienna” powstała niedługo przed wyborami parlamentarnymi, co do których mało kto żywił nadzieję, że będą one oznaczały cokolwiek innego niż przedłużenie trwania „Polski Tuska”, co też się stało.

To się nie mogło udać

Z „Codziennej” drwiono, podobnie jak z jej dziennikarzy. Mieliśmy być pisemkiem sezonowym, „gazetą wyborczą”, powołaną wyłącznie na okres kampanii parlamentarnej. Tymczasem z początkujących dziennikarzy (takich jak ja) stworzono zespół, który dziś z powodzeniem radzi sobie na rynku medialnym, a także na wysokich stanowiskach urzędniczych. Z ludzi, którym prawdopodobnie trudno byłoby znaleźć pracę w „Polsce Tuska”, Tomasz Sakiewicz, Katarzyna Gójska, Dorota Kania, Piotr Lisiewicz i kilka innych nieocenionych osób zrobiło porządnych dziennikarzy i specjalistów. Dziś, po ponad ośmiu latach od tamtego czasu, trzymają Państwo w rękach wydanie nr 2500, widać więc doskonale, że jeśli ktoś jest specjalistą od rzeczy niemożliwych, to Tomasz Sakiewicz i ludzie, których sobie dobiera.

To z tego pierwszego zespołu zawiązały się przyjaźnie – ktoś pozwolił się zebrać w jednym miejscu Dawidowi Wildsteinowi, Samuelowi Pereirze, z czasem do redakcji dołączył Jacek Liziniewicz, który ze skromnego chłopaka stał się drapieżnym publicystą, ulubieńcem widzów, słuchaczy i Czytelników oczywiście.

Nie sposób wymienić wszystkich, ale muszę przyznać – jeśli coś mnie ukształtowało, to także tamta „pierwsza załoga”: Olga Doleśniak-Harczuk, Aleksandra Rybińska, Igor Szczęsnowicz, Robert Swaczyński, Olga Alehno, Marek Michałowski czy Piotr Kudzia. Część z tych osób poszła w swoją stronę, innych wciąż mają Państwo przyjemność widzieć na łamach swojego ulubionego dziennika. Doszli także nowi, wspaniali ludzie.

Przeciwko wszystkim

Oczywiście nie ukrywam, że przez te lata – cytując Barejowego Jana Hochwandera – „nam było ciężko”. Dziennik powstawał i wychodził w warunkach skrajnie trudnych, naprędce, z ograniczonymi funduszami. Siedzieliśmy „codziennie” po kilkanaście godzin, które jednak na Filtrowej mijały w sposób niezauważalny.

Pieniędzy brakowało na wszystko, by wspomnieć apele do Szanownych Czytelników, by kupowali drugi egzemplarz „dla sąsiada”. Nie, nie był to zabieg marketingowy, bo naprawdę przeżywaliśmy w redakcji „Codziennej” trudne chwile.
Co jednak można było zrobić, gdy okazywało się, że zblatowany z władzą rynek reklam „nie chce widzieć” w swoich analizach jedynego dziennika o profilu konserwatywnym? Dziwnym trafem okazywało się, że „spece od marketingu” nie ujrzeli w Czytelnikach „Codziennej” swoich klientów. Tak jakby Państwo nie jedli masła, nie chodzili do sklepów z odzieżą, nie latali na wakacje lub nie jeździli samochodami. Tak, to było poniżające i dla nas, i dla Państwa w szczególności.

Rodzina z Filtrowej

Ale w „Codziennej” i „Gazecie Polskiej” od początku jest coś więcej, coś, co pozwala „wytrwać”. To właśnie Państwo – Czytelnicy. Nie ma w Polsce, a być może i na świecie, mediów, których pracownicy mają tak bliski i szczery kontakt ze swoimi odbiorcami. Śmiem twierdzić, że znam Czytelników z większości polskich powiatów, ze wszystkich krajów Europy i z kilku kontynentów. To są często głębokie przyjaźnie, zawsze serdeczne więzi i nieoceniona pomoc (i krytyka oczywiście).

No i jest coś jeszcze, o czym wcale nie zapomniałem, tylko chciałem, by wybrzmiało najmocniej. To w redakcji „Codziennej” poznałem Kasię Pawlak, znaną zapewne doskonale i naszym Czytelnikom. Dziś Kasia pracuje w innym, nie mniej prestiżowym miejscu, ale zapewniam, że kontaktu ze Strefą Wolnego Słowa nie straciła – za tydzień bierzemy ślub. I jak tu nie lubić Tomka Sakiewicza i jego zamiłowania do realizacji pomysłów niemożliwych?