Piotr Machalica, aktor filmowy i teatralny, występował na scenach z utworami Jeremiego Przybory, Jerzego Wasowskiego, Georgesa Brassensa, Paolo Conte, Jana Wołka, Bułata Okudżawy. Dwa lata temu przygotował koncert z własnymi interpretacjami utworów napisanych i tłumaczonych przez Wojciecha Młynarskiego. Właśnie ukazała się płyta "Mój ulubiony Młynarski", na której znalazło się 13 kompozycji do słów autora "Takiej piosenki, takiej ballady" i "Jeszcze w zielone gramy". W grudniu w Teatrze Ateneum w Warszawie Piotr Machalica wystąpi z recitalem "Jakoś leci - Kofta", w którym mierzy się z twórczością Jonasza Kofty.

PAP: Od lat wykonuje pan piosenki Młynarskiego. Teraz wydał płytę "Mój ulubiony Młynarski". Jak wyglądało pańskie pierwsze spotkanie z jego twórczością?

Piotr Machalica: W 1965 roku mój brat Krzysztof pożyczył od naszego sąsiada z góry szpulowy magnetofon. Słuchaliśmy taśm i na jednej z nich szczególnie zachwyciła mnie jedna piosenka, choć jeszcze nie do końca rozumiałem dlaczego. To była "Szajba". Młynarski był już wtedy dobrze znany, dużo występował. Nie był jednak jeszcze dla mnie tak ważnym artystą. Słuchałem wtedy dużo bigbitu, Niebiesko-Czarnych, Czerwono-Czarnych, Czerwonych Gitar. Do tego audycji radiowych Lucjana Kydryńskiego, w których puszczał Rolling Stones i Beatlesów. W 1970 r., miałem 15 lat, dokonałem kolejnego muzycznego odkrycia. Przyjechałem do Warszawy i tu odkryłem Bułata Okudżawę. Wcześniej ledwo go kojarzyłem. W Kronice Filmowej w kinie Nysa w Zielonej Górze pokazywali go z Agnieszką Osiecką, ale jego twórczość była mi obca. Wtedy wpadła mi w ręce płyta z jego przebojami wydana we Francji. Słuchałem jej non-stop, w zasadzie dzięki niej poznałem język rosyjski. Kolejne płyty, które zdarłem na gramofonie, to te z nagraniami Kabaretu Starszych Panów.

 A wracając do Młynarskiego?

Kupowałem jego kolejne płyty i zasłuchiwałem się w nich, "Dziewczyny bądźcie dla nas dobre na wiosnę", "Młynarski Recital 71" ze znakomitym zespołem Adama Makowicza.

Wspomniał pan piosenkę "Szajba". Jest w niej fragment "Błagam Was, nie krzyczcie bis!". Młynarski miał specyficzny pomysł na bisowanie podczas swoich koncertów. Pan przejął od niego ten pomysł?

On nie lubił tego ceremoniału. Artysta kończy, schodzi, publiczność bije brawo, wykonawca udaje zaskoczenie i wraca. Młynarski darował sobie te ceremoniały i od razu mówił, ile ma bisów i je grał. Ja mam podobny sposób. Choć zdarzają się od niego wyjątki. Młynarskiemu też się zdarzały. Muzycy, z którymi nagrałem płytę "Mój ulubiony Młynarski", odgrzebali jego koncert w Paryżu sprzed lat, który trwał trzy godziny i było chyba aż pięć bisów. Sam Młynarski tego nie przewidział.

Muzyków, którzy nagrali z panem Młynarskiego, poznał pan w Częstochowie?

Tak, w czasie, kiedy byłem dyrektorem Teatru im. Mickiewicza. Oni mnie zachęcili, w zasadzie zmusili, bo ja zbierałem się całe życie, żeby zrobić koncert poświęcony Młynarskiemu. Kiedy Michał Walczak, który odpowiada za aranżacje oraz Krzysztof Niedźwiecki i Paweł Surman liznęli Młynarskiego, to już nie było odwrotu, musieliśmy stworzyć ten koncert. Wcześniej mieli ogólne pojęcie o twórczości Wojtka, ale przygotowując ten repertuar, przesłuchali chyba wszystkie jego kawałki. Posiedli wszelką wiedzę na temat jego twórczości. Była dla nich odkryciem. Do tej pory zagraliśmy ponad sto koncertów z tym materiałem, po około 50-tym weszliśmy do studia i nagraliśmy płytę. Już nie mogą się doczekać drugiej części Młynarskiego.

Na płycie znalazło się 13 piosenek z tekstami Młynarskiego (niektóre to tłumaczenia) z ponad dwóch tysięcy, jakie napisał. Wybór musiał być ekstremalnie trudny. Jest jakiś tekst Młynarskiego, który panu nie podszedł, z którym by się pan raczej nie zmierzył?

Jest taki. To "Spotkamy się przy wodogrzmotach", miłosna piosenka z przymrużeniem oka. Te wodogrzmoty mi kompletnie nie pasują. Zresztą w wykonaniu Młynarskiego usłyszałem ją tylko raz. W 1968 r. na wakacjach w Kołobrzegu grał recitale. Ciocia była tak dobra, że dała bilety na jego dwa występy. Po kilku latach spotkałem go przypadkowo na stacji benzynowej koło Dąbek. Byłem jednak w stanie powiedzieć mu tylko "dzień dobry", ale nie potrafię panu powiedzieć, co wtedy przeżywałem. To tak, jak bym dzisiaj spotkał na przykład Jacka Nicholsona. Potem spotkaliśmy się w Opolu. W połowie lat 80. na festiwalu, podczas wieczoru piosenki aktorskiej i kabaretowej, wykonywałem "Piosenkę pieska pokojowego". Wygrałem główną nagrodę, choć jak jechałem do Opola, nawet nie wiedziałem, że to mają być zawody. Potem siedziałem we foyer teatru w Opolu i nagle zobaczyłem Młynarskiego. Chciałem podejść i się w końcu z nim poznać, ale on sam podszedł do mnie. Przywitał się i zaproponował, żebym zagrał u niego w Teatrze Ateneum, gdzie robił spektakl z piosenkami Mariana Hemara.

Pan był wtedy w Teatrze Powszechnym u Zygmunta Huebnera?

Tak. Zaczęliśmy z Młynarskim próby, ale jednak okazało się, że nie jestem w stanie połączyć tego z graniem w Powszechnym. Dostałem od Wojtka list, żebym się nie przejmował, że spotkamy się gdzie indziej i jeszcze coś zrobimy. I tak też się stało. Spotykaliśmy się wiele razy. Zrobiliśmy razem "Brassensa", odbyliśmy dwie duże trasy po USA i Kanadzie m.in. z Lucjanem Kydryńskim, Ireną Santor, Januszem Sentem. Nie byliśmy z Wojtkiem w jakiejś szczególnej zażyłości. Ale on z niewieloma osobami był bardzo blisko. Stwarzał dystans, ale te spotkania zawodowe były niezwykle ważne. Czułem z jego strony dużą sympatię. Darzyłem go ogromną estymą.

Jakie dawał rady?

W swoich radach i działaniu był konkretny, wiedział, czego chce. Na jednej z gal piosenki aktorskiej poświęconej Okudżawie wykonywałem jego "Nadziei maleńka orkiestra". Młynarski był na widowni. Dał mi radę, powiedział, bym refreny wykonywał najciszej jak potrafię i to była fantastyczna propozycja.

Wszystkie utwory Młynarskiego, o których pan marzył, trafiły na płytę "Mój ulubiony Młynarski"?

Nie ma na przykład "Blue tango", które wykonywał Paolo Conte. Pamiętam, jak spotkałem Młynarskiego i powiedziałem mu, że uwielbiam ten utwór. Zdradził mi, że napisał jego tłumaczenie, a tłumaczył fenomenalnie, i dał mi je, napisane odręcznie. Ale tu się nie zmieściło. Próbowałem też podejść do fantastycznej "Ballady o późnej starości Don Kichota". Nie mogliśmy jednak znaleźć pomysłu na interpretację, na wersję, która nie przypominałaby innych, chociażby Agnieszki Fatygi, która wykonywała to fenomenalnie. Na próbach nie podeszła nam również "Ballada o torreadorze", którą znam 40 lat i zawsze śpiewam sobie przed lustrem, ale w zderzeniu z tymi, które już zostały wybrane na płytę, nie zgadzała się.

Powiedział pan w jednym z wywiadów, że jego piosenki to pańskie życie.

Trudno mi to sformułować, ale są piosenki, które naprawdę oddają określone momenty mojego życia. Jego twórczość towarzyszy mi od zawsze i wiele tekstów mnie dotyka. Kiedy biorę do ręki antologię jego tekstów, "Od oddechu do oddechu", to gdzie bym nie otworzył znajduję teksty, które albo bardzo dobrze znam, albo umiem na pamięć. Fantastycznie potrafił pisać o rzeczach fundamentalnych, miłości, życiu, do tego genialnie portretował dziwaków. Uwielbiał z nimi rozmawiać, a potem opisywał to z dystansem, ironią, dowcipnie, lubił ich. Jednak jego teksty są związane z moim życiem chyba przede wszystkim dlatego, że są niesamowicie mądre. To dotyczy twórczości Wojtka, ale też Jonasza Kofty, Janka Wołka, już nie mówię o Przyborze, który tak pięknie potrafił zamykać historie w czterech zwrotkach i refrenie.

Co jest wciąż siłą tekstów Młynarskiego, Kofty albo Przybory?

Choć powstawały w latach 60., 70., 80., są wciąż aktualne. Dla mnie jest ważne, że wciąż przynoszą mi ukojenie. Wciąż je cytuję i się z nimi identyfikuję. Wiem, że niczego mądrzejszego sam nie wymyślę. Trochę je biorę za swoje. Poza tym te teksty nie pozostawiają obojętnym, a obojętność jest w sztuce najgorsza. Są tacy, którzy nie zachwycają się każdym tekstem Młynarskiego, ale na pewno nie można powiedzieć, że one pozostawiają ich obojętnymi. Niestety, często mi się to zdarza, kiedy słucham współczesnych tekstów. W ogóle nie mogę się w nich odnaleźć, połowy nie rozumiem.

W tekście "Moje ulubione drzewo" Młynarskiego, który śpiewa pan na płycie, jest takie zdanie: "Pomnę, jak zielone porty mijał kajak śmigły, jak mi smakowały sporty nad jeziorem Wigry". Pan też z nostalgią powraca do dawnych czasów? Powiedział pan kiedyś, że czuje się jakby był z minionej epoki.

Coś w tym jest. Nie powiem, żeby bił ze mnie optymizm, kiedy patrzę na to, co mnie otacza. Nie sądziłem, że dożyję takiego bogactwa, które mnie odziera ze wszystkiego, z nadziei, wiary w ludzi, to jest okropne. Po raz kolejny przekonujemy się, doświadczamy tego, że ludzkość w ogóle nie mądrzeje, a głupieje jeszcze bardziej. Mówię chociażby o głodzie, który w XXI wieku dotyka milionów ludzi, dzieci, to niepojęte.

W kolejnej kompozycji z płyty, "Balladzie o dwóch koniach", pada: "kto się stawia, ten ma z tego jakiś zysk, a kto słucha i ulega, ten najpierwszy weźmie w pysk". Pan się stawiał i miał z tego same korzyści?

Stawiałem się i były same korzyści, albo przynajmniej satysfakcja z faktu, że miałem rację. Pamiętam, jak w połowie lat 80. graliśmy we Wrocławiu z Teatrem Domowym spektakl "Degrengolada" według Pavla Kohouta. Graliśmy go w małej willi, wypełnionej publiką po brzegi. W pewnym momencie willę otoczyła Służba Bezpieczeństwa. Wszystkich nas aresztowali. W tym czasie odbywał się w mieście Festiwal Sztuk Współczesnych. Miałem na drugi dzień wystąpić tam w jednym ze spektakli i Zygmunt Huebner postanowił mnie wyciągnąć z więzienia. Nie było łatwo, bo stawiałem się przesłuchującemu. Nie uważam się za weterana czy kombatanta, ale te doświadczenia dobrze smakowały.