Słowenia to mały kraj zamieszkiwany zaledwie przez dwa miliony osób. Dla porównania - niewiele mniej mieszka w samej Warszawie. Pomimo tego drużyny z tego europejskiego państewka potrafią zdobywać medale największych imprez. Boleśnie przekonali się o tym chociażby nasi siatkarze w półfinale niedawnego czempionatu Starego Kontynentu. A nasi piłkarze ze Słowenią wygrali ostatnio... piętnaście lat temu. Chociaż trudno w to uwierzyć z siedmiu dotychczasowych spotkań pomiędzy tymi drużynami biało-czerwoni na swoją korzyść rozstrzygnęli zaledwie dwa.

We wtorkowy wieczór na Stadionie Narodowym kibice Orłów mogli mieć zatem pewne obawy. Na szczęście drużyna Jerzego Brzęczka potwierdziła, że znajduje się na fali wznoszącej. Słoweński bramkarz Jan Oblak nie będzie już mógł kpić – jak czynił to w Lublanie po pierwszym meczu tych zespołów – mówiąc, że bardziej zmęczyły go pomeczowe wywiady niż obrona strzałów polskich piłkarzy.

Biało-czerwoni fantastycznie rozpoczęli spotkanie. Już w 3.minucie Oblak staranował Kamila Glika piąstkując piłkę dośrodkowaną z rzutu rożnego. Przed polem karnym przejął futbolówkę Szymański, który bez namysłu kropnął do bramki i stadion eksplodował radością. Niestety obrońca AS Monaco brutalnie potraktowany przez Słoweńca ze złamanym nosem musiał opuścić murawę - w jego miejsce wszedł Jędrzejczyk. Ta wymuszona zmiana przedłużyła nieco pożegnanie z reprezentacją Łukasza Piszczka.

Łukasza Piszczka na Stadionie Narodowym pożegnała owacja kibiców i szpaler utworzony przez zawodników obu drużyn

Kiedy wydawało się, że kolejne gole dla naszej drużyny są tylko kwestią czasu - goście wyprowadzili skuteczny cios. Ich pierwsza akcja przyniosła wyrównanie. Josip Ilicić z łatwością ograł Recę i wyłożył piłkę jak na srebrnej tacy, a Tim Matavz nie zmarnował okazji i z bliska nie dał szans Szczęsnemu. Potem gra wyrównała się. Chociaż to Polacy wyglądali na bardziej zdeterminowanych. Brakowało biało-czerwonym jednak dokładności, czasem pomysłu, a w niektórych sytuacjach... przyczepności. Stan boiska już na pierwszy rzut oka pozostawiał sporo do życzenia, a widok raz po raz ślizgających się po nim piłkarzy tylko potwierdzał, że murawa nie była przygotowana perfekcyjnie.

W drugiej połowie sprawy w swoje ręce wziął Robert Lewandowski. Kapitan reprezentacji przeprowadził akcję z której dumny mógłby być Diego Maradona albo Leo Messi. "Lewy" przejął piłkę ponad 40 metrów od bramki Oblaka, przedryblował kilku rywali i z chirurgiczną precyzją uderzył przy słupku zdobywając szóstą bramkę w tych eliminacjach. Polacy mieli coraz większą przewagę i... stracili gola. Słoweńcy po raz drugi w tym meczu bardzo szybko doprowadzili do wyrównania, a składną akcję skutecznie zakończył bezbłędny Ilicić.

Fenomenalna akcja Roberta Lewandowskiego. Czapki z głów

Biało-czerwoni jednak nie rezygnowali. Nie podłamały ich niewykorzystane okazje i zabójcza skuteczność rywali. Lewandowski znów zaczarował w polu karnym i podał dokładnie na głowę Grosickiego, który zgrał do stojącego przed bramką Góralskiego. Znakomita akcja i Oblak był bezradny. 3:2 dla Polski!  Nerwów na wodzy nie utrzymał Kurtić, który chwilę później bezczelnie nadepnął strzelca ostatniego gola. Arbiter słusznie odesłał Słoweńca do szatni pokazując mu czerwoną kartkę. Podopieczni Brzęczka próbowali jeszcze podwyższyć wynik, ale nie starczyło już na to czasu.

Polska - Słowenia 3:2

Bramki: S.Szymański 3', R. Lewandowski 54', J. Góralski 81' - T. Matvz 14', J.Ilicić 61'

Czerwona kartka: J. Kurtić 86'