Tak było, gdy statkiem płynęły do kraju prochy Juliusza Słowackiego – ludzie stali na nabrzeżu portowym i patrzyli na wyłaniający się jak z dalekich krańców letejskiego jeziora, okręt z doczesnymi szczątkami wieszcza. Tak było, gdy kondukt żałobny szedł za złożoną na lawecie trumną Marszałka Piłsudskiego, a cała Polska płakała pogrążona w rozpaczy. I tak było wtedy, gdyśmy na Cmentarzu Powązkowskim żegnali tego, który w panteonie naszych bohaterów wreszcie odzyskał należne mu miejsce – mjr. Zygmunta Szendzielarza. Wszyscy wówczas, 24 kwietnia 2016 roku, poczuliśmy, że wraz z tym pogrzebem wraca ta prawdziwa, wolna Polska, że to jakiś symbol odnoszący się do współczesności, że odzyskaliśmy prawdziwe państwo polskie, bo tylko takie państwo jest prawdziwe, które ujmuje się za bohaterami przeszłości. Ci Polacy, którzy oddali życie za Matkę Ojczyznę, są po latach przez tę Matkę na powrót brani w ramiona.

„Charakter wyrobiony”

Szendzielarz także bardzo przeżywał wielki, symboliczny pogrzeb Marszałka. W obchody był zaangażowany wileński garnizon 4 Pułku Ułanów Zaniemeńskich, w którym służył jako oficer, więc brał udział w funeralnych uroczystościach, dzierżąc w dłoniach pułkowy sztandar. Rok później, w rocznicę zgonu Komendanta, 12 maja 1936 roku, ppor. Zygmunt Szendzielarz trzymał uroczystą wartę podczas przenoszenia serca Piłsudskiego i prochów jego matki z kościoła św. Teresy na cmentarz Rossa w Wilnie. O czym myślał i co czuł w trakcie tych uroczystości? Tego nie wiemy. Był typem oficera pełnego werwy i fantazji, raczej nie z tych, co „chodzą zapięci na ostatni guzik". Patryk Kozłowski w biografii Szendzielarza zaliczył go do grupy „pistoletów”. Słusznie. Wystarczy zerknąć na opinię jego dowódcy na wyciągu kwalifikacyjnym Szkoły Podchorążych Piechoty, z roku 1932 – „Charakter wyrobiony, wesoły, czasem porywczy, o bardzo dużej ambicji, b. pewny siebie, wybitnie koleżeński i ofiarny. Bardzo karny, sumienny i obowiązkowy. W służbie wojskowej bardzo zamiłowany. Energia i wytrwałość b. duże”. Wszystko pasuje jak ulał do przyszłego twardego bohatera, którego bali się komuniści (był antykomunistą do cna, nie ufał Sowietom i nie chciał z nimi żadnych paktów), a podwładni słuchali ślepo i całkowicie mu ufali...

Cały artykuł Tomasza Łysiak można przeczytać w tygodniku GP.