W temacie euro mocno i zupełnie słusznie wypowiedział się szef węgierskiego banku centralnego György Matolcsy. W swoim tekście opublikowanym na łamach Financial Times’a bankier napisał m.in., że wspólna waluta nie posiada filarów jakie powinny towarzyszyć tego typu projektowi. Strefa euro nie ma własnego budżetu z prawdziwego zdarzenia, brak jej także centralnego ośrodka zarządzania wspólnymi finansami, czegoś na wzór ministerstwa finansów. W konsekwencji – jak zauważa Matolcsy – większość państw strefy ma się gorzej niż przed przyjęciem wspólnej waluty.

Węgier ma w swoich uwagach wiele racji, jednak w dyskursie nad integracją monetarną, także tym toczonym w Polsce, argumentacja ekonomiczna nie ma decydującej wagi. U nas coraz istotniejsze są zaś aspekty polityczne, euro ma rzekomo zapewnić obecność Polski w centrum procesów decyzyjnych w Unii. Ba! Ma nas nawet chronić przed zewnętrzną agresją militarną! Zwolennicy euro coraz rzadziej zaś odwołują się do argumentacji ekonomicznej, najpewniej dlatego że o taką jest obecnie niezwykle trudno. Faktycznym fiaskiem zakończyły się prace nad powołaniem budżetu strefy – to co ma powstać jest tylko marną namiastką w stosunku do potrzeb. Tymczasem wspólna polityka fiskalna powinna być dopełnieniem polityki pieniężnej, o potrzebie fiskalnej stymulacji mówiły niedawno władze EBC.

Nie wspominając o tym, że euroland nie spełnia podstawowych wymogów wynikających z teorii optymalnych obszarów walutowych. To projekt czysto polityczny, pozbawiony ekonomicznych fundamentów i sprzeczny z elementarzem ekonomii. Prezes Narodowego Banku Węgier słusznie nazywa euro w swoim tekście pułapką, z której trzeba się wyrwać. My zaś w ogólnie nie powinniśmy w nią wpadać.