Scena aborcji wyświetlona na monitorze USG to najmocniejsza scena morderstwa, jaką widziałam w kinie. Jak Państwo wspominają filmową pracę nad tą sceną?

Tego dnia mieliśmy w planie 12 godzin zdjęciowych. Sześć godzin pracy, pół godziny na lunch, a potem jeszcze sześć godzin pracy. Poranek był bardzo pracowity i nie było chwili na zastanowienie się nad tą sceną, dopóki nie weszliśmy do gabinetu chirurgicznego. Dr Levatino wszedł w fartuchu i rękawicach, rozejrzał się po gabinecie i pochwalił atmosferę autentyczności. Następnie usiadł przy stołku chirurgicznym i poprosił o tacę z narzędziami, dokładnie w taki sposób, jak robił to wcześniej, dokonując aborcji naprawdę. I ruszyły kamery. To było bardzo intensywne doświadczenie. Na planie była też żona dr. Levatino. Doktor podczas pierwszych ujęć czuł się niekomfortowo. Od wielu lat nie dokonywał aborcji, a teraz musiał symulować to działanie tak, by było jak najbardziej realne… Jego żona szepnęła do nas: „On nie chce wracać do tych chwil i do tego stanu umysłu”. To był trudny moment, ale po kilku ujęciach doktor wrócił do swojej starej rutyny i wszystko poszło tak, jak powinno.

W USA wiele stacji telewizyjnych odmówiło emisji reklam filmu. Twitter czasowo zawiesił oficjalne konto produkcji. W Kanadzie wiele kin nie przyjęło filmu do wyświetlania. Jakie jeszcze kłopoty napotkali Państwo w Ameryce?

Google podczas weekendu otwarcia oznaczył informacje o filmie jako „propagandę”. Każdy, kto chciał sprawdzić w internecie godziny seansu naszego filmu, widział etykietę „propaganda”. Jak Pani wspomniała, Twitter zawiesił nasze konto. Google nie akceptuje naszych reklam. Podobnie sieci kablowe i stacje radiowe. Większość znanych dziennikarzy nas odrzuciła.

Jak Państwa zdaniem musiałby wyglądać film o aborcji, by został „zaakceptowany” przez zwolenników aborcji?

Cóż, zwolennicy aborcji robią zupełnie inne filmy, przedstawiające pionierów aborcji jako świętych. Porozmawiajmy więc o propagandzie organizacji Planned Parenthood.

W rzeczywistości mają oni stałego, płatnego przedstawiciela w Hollywood. To Caren Spruch, dyrektor ds. sztuki i rozrywki przy Planned Parenthood. Jej jedynym celem jest wypaczanie filmów oraz produkcji telewizyjnych i przekształcanie ich w proaborcyjne, wolne od poczucia winy opowieści o... moralności. Spruch chwali się swoim wpływem na kształt ponad stu filmów fabularnych i seriali telewizyjnych. Dla nas to najwyższa forma służby propagandzie, o jakiej kiedykolwiek słyszeliśmy w tej branży. I szaleństwem jest to, że Spruch przyznaje się do takiej działalności publicznie. Zapewniamy, że nikt po stronie pro-life tak się nie zachowuje. Ale jedną z cech propagandy jest oskarżanie przeciwników o złe zachowanie.

Dowiedziałam się, że są Państwo zasypywani listami od widzów, którzy doznali „nawrócenia”. Co to znaczy?

Odzew jest ogromny. Każdego dnia słyszymy o kobietach w ciąży rozważających aborcję, które po obejrzeniu filmu „Nieplanowane” wybrały życie dla swoich dzieci. To, na co tak naprawdę nie byliśmy przygotowani, to ogromna fala „opowieści o nawróceniu”. Jak się okazuje, film okazał się terapią zarówno dla kobiet po utracie dziecka, jak i dla mężczyzn.

Społeczeństwo mówi im, że nie powinni czuć się winni. Często trzymają te doświadczenia w tajemnicy przed przyjaciółmi, rodziną, a nawet małżonkami. Film tymczasem pozwala im się smucić, a tak naprawdę dopiero uznanie tego smutku jest drogą do przebaczenia i uzdrowienia. Film nie potępia nikogo, kto cierpi z powodu aborcji. Całkowicie takie osoby wspiera. Wspiera nawet pracowników tkwiących w aborcyjnej branży.


NIE PRZEGAP!

Cały wywiad w najnowszym numerze tygodnika „Gazeta Polska”, od dziś w kioskach. Twórcy odpowiadają m.in. na pytanie o to, czy spodziewali się bojkotu w Polsce, kraju katolickim. Gorąco polecamy!