Jednym z najbardziej luksusowych lamborghini. Aut, które osiągają zawrotne ceny. Samochód co prawda nie był jego, ale przez niego użytkowany. Innymi słowy nie miał oporów, by być powszechnie kojarzonym z autem, na które w żaden sposób nie mógł zarobić. A już na pewno nie w sytuacji, w której korzystałby tylko z uczciwie zarobionej urzędniczej pensji. Więcej – on się tym afiszował. W teorii takie działanie powinno być samobójcze (i summa summarum źle się to dla niego skończyło). Zwłaszcza za rządów partii, która postrzega Platformę jako swojego głównego konkurenta. A jednak wspomniany burmistrz podjął to ryzyko. Zapewne powód był dość prosty. Musiał. Musiał, by zrobić odpowiednie wrażenie na ludziach, z którymi się spotykał, od których brał pieniądze. W końcu – żeby utrzymać odpowiedni wizerunek względem własnych kolegów z partii. Bo najprawdopodobniej to będzie ich „styl” przez następne cztery lata: patrzcie, może tamci rządzą państwem, ale na naszych latyfundiach to my robimy, co chcemy. To my spotykamy się z pięknymi kobietami, jeździmy drogimi samochodami, imprezujemy z gangsterami i rządzimy miastem. Od czasu do czasu któryś z nich wpadnie – jak burmistrz Włoch.  Ale to konieczna ofiara z ich perspektywy. Bo nic więcej im nie pozostało. Tylko tak są w stanie przekonać tych, którzy w głębi duszy marzą o takim samym statusie, żeby na nich głosowali. Tylko że ten styl, co warto w puencie zaznaczyć, nie ma nic wspólnego z tak opiewanymi przez nich standardami Zachodu. I niezależnie od tego, jak przy okazji będą udawać tolerancyjnych, postępowych i pro LGBT, prawda o nich pozostanie taka sama. Oni nie pasują do Berlina czy Paryża. Tylko do prowincjonalnego miasta putinowskiej Rosji.