Wtedy razem z klubami „GP” do Budapesztu pojechało ponad 10 tys. Polaków. Zademonstrowaliśmy przyjaźń i poparcie dla Węgrów oraz polityki premiera Viktora Orbána. Pojechaliśmy, bo postliberalny i postsocjalistyczny establishment europejski zaciekle bronił układu międzynarodowych spekulantów, którzy doprowadzili Węgry na skraj bankructwa, a w Parlamencie Europejskim przewodniczący KE José Barroso rozwodził się nad zagrożeniem demokracji na Węgrzech. I dlatego, że już nie mogliśmy słuchać, jak polskie media celowo powielały bzdury europejskich agencji prasowych. Być może nasza obecność co roku w Budapeszcie pomogła Węgrom przetrwać atak lewaków z Europy. A może doświadczenia Węgrów uodporniły nas na całe zło, jakiego doświadczamy od 2015 r. od niektórych polityków europejskich? Na pewno 11 listopada przywitamy się tak, jak witają się starzy przyjaciele.