Trudno się dziwić – najpierw wyczekiwany rycerz na białym koniu, Donald Tusk, ogłosił, że nie wystartuje w wyborach prezydenckich, potem w Waszyngtonie zdecydowano o objęciu Polski programem bezwizowym od 11 listopada. Czyli w rocznicę odzyskania niepodległości, co pogorszy i tak już złe nastroje medialnego mainstreamu. Wczoraj w mediach społecznościowych widać było pogłębiającą się frustrację – wypominano Tuskowi, do niedawna noszonemu na rękach, że najpierw uciekł do Brukseli, a teraz zawodzi nadzieje „milionów Polaków”, że jest chwiejny i niepoważny, a na koniec, że może lepiej, że nie wystartuje w wyborach prezydenckich, „bo i tak by przegrał”. Zniesienie wiz dobiło „elitę” – jeszcze w desperacji wyliczano rzekome trudności, z którymi mają się zetknąć jadący do USA. Koszmar przypieczętował wybór Antoniego Macierewicza na marszałka seniora Sejmu. Takie rzeczy nie śniły się nawet największym filozofom mainstreamu. PS O tym, że Tusk nie wystartuje, pisałam dwa tygodnie temu, gdy niemal wszyscy wierzyli w jego start.