Dzisiejsze spektakle przemysłu pogardy są niczym innym jak nową odsłoną tego samego teatru, który dobrze znamy niemal od początku III RP. Po raz pierwszy widowisko mogliśmy obejrzeć w czasie półrocznych rządów Jana Olszewskiego. To swoista, bo ponura, komedia dell’arte – z typowymi postaciami, powtarzalnością gagów i charakterystycznymi maskami przybieranymi przez aktorów. Biorący w niej udział sprawnie improwizują w ramach naszkicowanego scenariusza – prawa tego gatunku scenicznego przestrzegane są ściśle od początku III RP.

Niekiedy tylko swoboda improwizacji jest nieco ukrócana – wtedy postacie chórem mówią o nienawiści, zamachach na demokrację lub destabilizowaniu państwa. Tak było przy obalaniu rządu Olszewskiego, z walką z rządem Kaczyńskiego czy bitwą o przykrycie okoliczności katastrofy smoleńskiej. Aktorzy instynktownie w takich chwilach zaglądają do rozpisanych scenariuszy, by ściśle wypełnić rozpisane role. Mamy ich w znacznej mierze tych samych od dziesięcioleci...

Bohaterowie wchodzą na scenę

Dwadzieścia lat temu, 4 czerwca 1992 r., nocą, pospiesznie, odwołano na wniosek Lecha Wałęsy rząd Jana Olszewskiego. Słynna nocna zmiana nastąpiła w kilka godzin po tym, gdy do sejmu trafiła przygotowana przez rząd lista osób, które figurowały w aktach komunistycznych służb specjalnych jako ich współpracownicy. Polacy dowiedzieli się wtedy mnóstwa rzeczy. Że premier i minister spraw wewnętrznych to ludzie chorzy z nienawiści, których trzeba było za wszelką cenę powstrzymać, by nie podpalili Polski. Że prócz oczernienia, z prywatnych pobudek rzecz jasna, przyzwoitych osób, planowali także jakieś straszne rzeczy – mówiło się o podpaleniu lasów dookoła Warszawy i chęci aresztowania Wałęsy. Jednostki nadwiślańskie były jakoby postawione w stan gotowości, wprawdzie nie było do końca jasne dlaczego, ale można było się przecież domyślić, że zamach stanu jest precyzyjnie przygotowany. Polacy mieli się przerazić – oczy Antoniego Macierewicza błyszczały złowróżbnie w niemal każdym wydaniu „Wyborczej”, Wiadomości czy Teleekspressu.

Dobrze pamiętam ten wieczór i noc – byłam wtedy w sejmie jako dziennikarka „Tygodnika Solidarność”. Pamiętam moment, gdy najważniejsza postać przedstawienia, Lech Wałęsa, przyjechał do sejmu. Wiedział (tak jak i cały chyba wtedy parlament), że jego nazwisko znalazło się na liście jako TW „Bolek”. Zdążył już przekazać do PAP oświadczenie, że na początku lat 70. „podpisał kilka dokumentów” i bardzo szybko to oświadczenie wycofać. Kilka godzin później wydał inne – że rząd Jana Olszewskiego utracił zaufanie i żąda jego odwołania. Ale były w Sejmie także inne postaci, które odnajdujemy w dzisiejszych wersjach przedstawień tej komedii dell’arte. Wiele z nich obsadzone jest w roli dziennikarzy. Monika Olejnik – wtedy radiowa Trójka, Andrzej Morozowski radio Zet, Witold Gadomski z „Wyborczej”. Grali te same role – Gadomski pytał np. Piotra Naimskiego na konferencji prasowej, czy to prawda, że podpisał lojalkę w czasach PRL. Minister wprawdzie zaprzeczył kłamstwu – pytanie zostało jednak wrzucone w publiczny obieg. Jedna z często używanych masek w spektaklach, może o najmniejszym talencie do lekkiej improwizacji, może dlatego grająca dość topornie, ma twarz Tomasza Lisa. Wówczas, 4 czerwca 1992 r., był reporterem i prezenterem Wiadomości. Do wbiegającego do sejmu Lecha Wałęsy miał rzucić na korytarzu: „Panie prezydencie, niech nas pan ratuje”. Wydaje mi się, że sama to widziałam, zresztą to zdarzenie na wiele sposobów opisywane jest też w sieci, ale nie znalazłam nagrania z tym epizodem, może więc tych słów nie powiedział? Gdyby jednak – to owo wypadnięcie z roli raczej nie było spowodowane strachem przed żołnierzami Nadwiślańskich Jednostek Wojskowych.

Na ratunek

Od dwóch tygodni Radiokomitetem nie rządził już zaprzyjaźniony z Mieczysławem Wachowskim i Lechem Wałęsą Janusz Zaorski, tylko, o zgrozo, niemający nic wspólnego z postkomunistycznym establishmentem Zbigniew Romaszewski. To mogło oznaczać wywrócenie dotychczasowego układu w telewizji i… pozycji, a co za tym idzie i pensji dzisiejszego pluszaka premiera. Wracając do swojej roli, tego wieczoru Lis, który prowadził Wiadomości, pytał: „Czy realizowanie uchwały może służyć do prywatnych porachunków?”. Na szczęście już nazajutrz po obaleniu Olszewskiego odwołano też i Romaszewskiego. Wrócił Zaorski i spokój zapanował na Woronicza. Jedna z istotnych i sprawdzonych masek komedii dell`arte ocalała. A w dwa dni później inna ważna postać gatunku, Jacek Kuroń, mógł spokojnie perorować po głównym wydaniu Wiadomości o „chorych z nienawiści ludziach” – Antonim Macierewiczu i Janie Olszewskim.

Wtedy nie było jeszcze TVN ani „Newsweeka”, ale była „Gazeta Wyborcza”. To ona dała okładkę ze zdjęciem Jana Olszewskiego z wielkim tytułem „Nienawiść”. Pod tym tytułem Adam Michnik (każde wejście tej postaci na scenę budziło w ciągu lat i jeszcze całkiem niedawno emocje widzów, niemniej po ponad 20 latach uchodzi za zupełnie zgraną, choć wciąż chce być na afiszu) pompatycznym tonem, rytualnie odsądził od czci i wiary zwolenników lustracji, ale – jak napisał –„czasem język polityki okazuje się nazbyt suchy i płaski. Wtedy przemawia literatura. Wisława Szymborska Wielka Dama Polskiej Literatury, przesłała nam swój nowy wiersz. Niechaj jego przesłanie będzie i naszym głosem w sporze z nikczemnością i nienawiścią”. I obok wydrukowano, napisany specjalnie w związku z poczynaniami chorego z nienawiści premiera, wiersz „Nienawiść”: „…A nade wszystko nigdy jej nie nudzi motyw schludnego oprawcy nad splugawioną ofiarą”. Wisława Szymborska nigdy już potem nie dała się tak spektakularnie wciągnąć w tę komedię, ale wtedy owszem, zagrała – zapewne z pełnym przekonaniem, bo w końcu oczy Antoniego Macierewicza opisywane przez „Wyborczą” zapewne i ją przerażały. Dziś to zwyczajowa rola celebrytów, takich jak Kora czy Maleńczuk albo, pożal się Boże, literatów, jak smutno banalizujący się Andrzej Stasiuk. Szymborskiej nie dorastają do pięt. Westchnąć można więc po latach – wszystko dziadzieje.

Zwrot akcji

Warto pamiętać, że sygnałem do grania tamtego spektaklu wcale nie było opublikowanie listy osób odnotowanych w tajnych aktach jako współpracownicy służb specjalnych PRL. Gong wzywający aktorów do improwizacji zabrzmiał kilka miesięcy wcześniej – były nim słowa Jana Olszewskiego, gdy sejm powołał go na prezesa Rady Ministrów. „Chciałbym, by powołanie tego rządu było początkiem końca komunizmu w Polsce”.

To właśnie tego typu zdania i tego typu zamiary rozpoczynają zawsze nowe przedstawienia. Uruchamiają nie tylko media i celebrytów. Zwykle, choć nie zawsze, przeciw „kończeniu z komunizmem” zaczynają improwizować politycy. I to niekoniecznie tylko związani z postkomunistyczną lewicą.

Wtedy, w czerwcu, znaczące i niekiedy nawet błyskotliwe role grali politycy dawnej Unii Demokratycznej i KLD, dziś często w Platformie Obywatelskiej i w jej orbicie, choć niekiedy już poza sejmem. Jak Andrzej Merkel z KLD czy Piotr Nowina Konopka z UD. 20 lat temu niezapomnianą rolę miał Waldemar Pawlak, ówczesny i obecny prezes PSL. Miał wprawdzie świadomość, że odwołanie rządu Olszewskiego i powołanie egzotycznej koalicji z nim jako premierem raptem na tydzień, tylko dla zatrzymania działań rządu Olszewskiego, „by jutro nie weszli do gabinetów”, jak żądał Lech Wałęsa, jest „gangsterskim chwytem”. Niemniej przyjął rolę. Zasłynął z kwestii wypowiedzianych do Wałęsy – „myślę, że razem jakoś zaorzemy ten kawałek” oraz „dziękuję za powołanie (…) czyszczę sobie UOP, tu mam wolną rękę”. Czy to w jakimś stopniu nie podobna kreacja do tej granej aktualnie w spektaklu dotyczącym podwyższenia wieku emerytalnego m.in. dla kobiet pracujących na roli, gdy tym razem jako wicepremier zdaje sobie sprawę, że to gangsterski chwyt, ale mimo to bierze udział w przedstawieniu? Wtedy zaowocowało to słynną piosenką Kultu – „Panie Waldku, pan się nie boi, cały naród za panem stoi”...

W rolach głównych udział wzięli

Jedną z cichych, ale wymownych ról w spektaklu miał Donald Tusk, poseł KLD, należący do władz partii. Na naradzie przed obaleniem rządu Tusk liczył głosy, czy operacja jest możliwa. Policzył, że jeśli SLD się nie wyłamie, to da się odwołać rząd. Następnego dnia rano nowa sejmowa większość postanowiła, że punkt pierwszy obrad to głosowanie bez żadnej debaty nad powołaniem Waldemara Pawlaka na szefa rządu. Olszewski wciąż pełnił obowiązki premiera, a jak mówił Lech Wałęsa – „nie wiadomo, jak daleko oni zaszli”. Gdy ZChN przeciw temu zaprotestował, poseł Łuczak z PSL odpalił: „Sytuacja kraju powoduje, że premiera musimy wybrać jak najszybciej”. Na korytarzu sejmowym dziennikarzom demonstrowała marsowe miny i snuła aluzje – no, proszę zgadnąć… Oczywiście charakterystyczna postać naszej komedii, obecnie w kostiumie premiera. „Możemy mieć do czynienia ze znacznie gorszą sytuacją niż zmienianie premiera” – powiedział dziennikarzom. Ktoś zapytał – jaką? (bo wtedy jeszcze dziennikarze pytali, dziś już wiedzą, że z zamachem stanu lub wprowadzeniem państwa policyjnego). I padła odpowiedź: – Wystarczy mieć trochę wyobraźni? – uciął lider KLD. Prawda, że brzmi znajomo – stylistyka ta sama, ale przyznajmy, dziś ta postać komedii dell’arte sprofesjonalizowała swoją grę. Nie chodzi tylko o puder, ale też  modelowanie głosu, przeciąganie słów i znaczące przerwy między zdaniami. Tak, w tym wypadku ćwiczenie uczyniło mistrza.

Świat i technika oczywiście poszły przez te 20 lat do przodu. Znaczenie „Wyborczej” spadło do rangi jednego z wielu tytułów, a ton nadaje TVN czy opanowana przez ludzi Tuska telewizja. Spektakle stały się bardziej profesjonalne nie tylko ze względu na postęp techniczny i rozwój mediów elektronicznych. Udało się też zbudować sprawny i potężny zespół komedii dell`arte, który co dnia zabawia Polaków swoimi inscenizacjami. Rozwinięto postacie – to już nie tylko zblatowani z władzą dziennikarze, ale też osoby grające rolę ekspertów, fachowców czy funkcjonariuszy publicznych. Wielość takich ról zobaczyliśmy w sprawie katastrofy smoleńskiej, gdzie, jak się okazało, grały całe rodziny. Tak było w przypadku Justyny Pochanke z TVN, która pewnego dnia przepraszała widzów podczas rozmowy z jednym z lotniczych „ekspertów” (oficerem LWP, a jakże), iż może się mylić i mówić do niego „wujku”.

Ale główne postaci tej gry znane są od lat. Ostatnio Tomasz Lis topornie powtórzył okładkę „Wyborczej” i umieścił zdjęcie Antoniego Macierewicza w stroju taliba. Być może, zgrywa się już, jak naczelny „Wyborczej”. Ale możemy być pewni – następni chętni do roli błaznów stoją w kolejce.