Wyjątkowo żenujący, jednak charakterystyczny dla rasy Panów z Czerskiej, wywód nie zrobił wówczas żadnego wrażenia. Podejrzewam, że obaj redaktorzy mogą tego nie pamiętać, jednak to się wydarzyło na sto procent i dokładnie taki miało wydźwięk, jak odtworzone przeze mnie słowa Blumsztajna. Dziś internet natychmiast podjąłby temat, po czym posypałaby się cała fura memów i gifów. Czasy się zmieniły i niegdysiejsi niezatapialni sami się topią. Dopóki Lech „Bolek” Wałęsa pokazywał się od czasu do czas w telewizji i bredził bez ładu i składu, media umiejętnie cenzurowały te tragikomiczne występy, w skrajnym przypadku zamykały maluczkim gęby „wielką legendą Solidarności”. W tym miejscu warto przypomnieć, że dwa duże kryzysy związane z donosicielstwem Wałęsa – przy pomocy mediów – rozegrał na swoją korzyść. Nie zniszczyła go i – co więcej – wzmocniła „Lista Macierewicza”, podobny skutek dało się obserwować po wydaniu książki Cenckiewicza i Gontarczyka. Gdy „Bolek” wziął sprawy w swoje ręce i zaczął buszować w internecie, wszystko potoczyło się błyskawicznie. Ludzie zobaczyli kompletnego imbecyla, tłumaczącego się ze swojego donosicielstwa w tak niedorzeczny sposób, że nikt poza grupką fanatyków nie był w stanie „Bolka” bronić. W efekcie „legenda Solidarności” sama sobie uwiązała kamień młyński u szyi i poszła na dno.