Blues jest jak modlitwa, jest prawdziwy, płynie z serca i dotyka serca. Udowodnili to  muzycy, którzy wystąpili podczas tegorocznej Rawy Blues w Katowicach. To było kilkanaście godzin wypełnionych pięknymi dźwiękami, wyjątkową ekspresją, wrażliwością, radością i dobrym przekazem. Poprzez swoją muzykę każdy z  artystów jakby chciał powiedzieć słuchaczom: „Daję Ci to, co mam najpiękniejszego”.

39. edycja Rawy Blues rozpoczęła się od występu Irka Dudka. Szef i gospodarz festiwalu uraczył licznie zgromadzonych w sali NOSPR słuchaczy intymnymi, lirycznymi dźwiękami, choć nie zabrakło i energicznego wykonania hitu „Au sza la la la, mam dwie lewe ręce”. Później wspaniały show dał Rick Estrin z zespołem The Nightcats. Wybitny harmonijkarz czarował publiczność melodią i swoją wyjątkową charyzmą. Muzycy tak dobrze czuli się na scenie, że znacznie przedłużyli fenomenalny koncert. W mojej pamięci na zawsze pozostanie solo perkusisty Derricka D’Mara Martina (grającego przez 17 lat z Little Richardem). Udowodnił on, że można dosłownie fruwać nad perkusją i wybijać niesamowite rytmy pałkami na strunach gitary, schodach czy statywie od mikrofonu. Zachwycona publiczność odwdzięczyła się kilkuminutowymi owacjami na stojąco i radosnymi okrzykami wyrażającymi podziw.

W sobotę halę katowickiego Spodka opanowały młode kapele wybrane przez Radę Artystyczną Festiwalu, które walczyły o główną nagrodę konkursu – 5 tys. zł oraz występ na Dużej Scenie. Laureatką została Silesian Hammond Group. Później publice zaprezentowały się nasze rodzime bluesowe bandy, a o godz. 17 na scenę wyszła pierwsza gwiazda wieczoru – perkusistka i wokalistka Lindsay Beaver ze swoim trio. Później przestrzenie bluesa rozciągnął przed słuchaczami Daniel Castro.

Nie mam wielkiego nazwiska i nie jestem wielką gwiazdą Gram dla ciebie blues na mojej gitarze Całą waszą samotność spróbuję uspokoić Będę dla ciebie grać bluesa

 – zaśpiewał w jednym ze swoich utworów. I tak się właśnie zadziało. Artysta dał słuchaczom swoje serce i piękne, kojące melodie. A ten głos! Można słuchać i słuchać. Podobnie zresztą jak kolejnego wykonawcy – Victora Wainwrighta. Jego ostatni album „Victor Wainwright & The Train” trafił na czoło listy Billboardu najlepiej sprzedających się bluesowych wydawnictw i wcale mnie to nie dziwi. Artysta zachwyca pod każdym względem. Radość z grania, pasja, wrażliwość, talent i perfekcja – tak mogę opisać jego występ. W trakcie koncertu było tak wiele emocji, że artysta podczas jednego z utworów odsuwał na bok mikrofon, by jego głos zabrzmiał sauté. I ten głos przebijał się ze sceny do kilkutysięcznej publiki. Był jak krzyk dziecka. Wainwright i jego fenomenalny zespół The Train (Pociąg) zdobyli serce słuchaczy. Dlatego nie obyło się bez bisu. A tu do artystów dołączył Irek Dudek, który na swojej harmonijce stworzył z Victorem muzyczny dialog.

Trochę więcej spokoju wprowadziła ikona jazzu i bluesa goszcząca na Rawie już po raz trzeci, czyli James Blood Ulmer, któremu towarzyszył Vernon Reid. A tuż po nich scenę zawojowała młoda Hannah Wicklund z grupą The Steppin’ Stones. Jej gra na gitarze jest pełna bluesowych zagrywek, które przywołują wspomnienia Jimiego Hendrixa, a wokalnie elektryzuje niczym Janis Joplin czy Adele. Jest tak zjawiskowa, że tylko czekać aż będzie podbijała największe światowe listy przebojów. Tymczasem podbiła serca melomanów w katowickim Spodku. Mimo późnej pory (jej występ skończył się tuż przed północą) nawet młodzi słuchacze (w tym mój syn) byli zasłuchani i zapatrzeni w tę 21-letnią gigantkę bluesa. Irek Dudek wie, co robi, planując festiwalowe koncerty. Do tego wychowuje kolejne pokolenia melomanów (przypomnę, że w tym roku na Rawę Blues dzieci do 15. roku życia wchodziły za darmo), serwując im artystów z najwyższej półki. Brawo! Już nie mogę się doczekać jubileuszowej, 40. edycji festiwalu, która odbędzie się za rok.

Dziękuję za pomoc i zaangażowanie podczas festiwalu klubowi „GP” w Mikołowie, na czele z przewodniczącym Dariuszem Gruszką.