Już wcześniej źródła watykańskie, cytowane w ostatnich dniach przez włoską prasę, tłumaczyły, że sytuacja, w jakiej znalazł się Giani, nazywany "Aniołem stróżem papieża", gdyż zawsze był u jego boku, to rezultat przekazania włoskim mediom poufnych dokumentów i informacji. Dotyczą one wszczętego w Watykanie śledztwa wobec kilku zawieszonych w obowiązkach pracowników Stolicy Apostolskiej, w tym z Sekretariatu Stanu, w sprawie wielomilionowych transakcji zagranicznych.

Oburzenie w Watykanie publikacją tych informacji wraz z personaliami i fotografiami tych osób było tak duże, że - jak podał oficjalny portal Vatican News - na polecenie papieża Franciszka wszczęto postępowanie, by wyjaśnić okoliczności ujawnienia tych dokumentów. Pojawiły się sugestie, że wyciekły one z żandarmerii.

Dyrektor watykańskiego biura prasowego Matteo Bruni oświadczył wtedy, że było to "nielegalne upowszechnienie wewnętrznego dokumentu sił bezpieczeństwa Stolicy Apostolskiej, którego powaga według słów papieża Franciszka porównywalna jest do grzechu śmiertelnego, gdyż przynosi szkodę godności osób oraz zasadzie domniemania niewinności".

W wydanym w poniedziałek komunikacie watykańskie biuro prasowe oświadczyło, że w związku z tym, iż dotychczas nie wykryto autora przecieku materiałów znajdujących się w dyspozycji żandarmerii i Gwardii Szwajcarskiej, komendant Giani, "choć nie ponosi za to żadnej odpowiedzialności" złożył dymisję na ręce papieża. Franciszek ją przyjął - ogłosił Watykan.

W nocie tej mowa jest też o tym, że publikacja poufnych materiałów 2 października jest "wysoce krzywdząca zarówno dla godności zainteresowanych osób, jak i dla wizerunku samej żandarmerii".