Jest to bez wątpienia racja, ale wymaga działania wspomagającego – odkłamywania rzeczywistego znaczenia słowa „tolerancja” i pokazywania pozytywnych przykładów rozsądnego jej stosowania. A zatem: nie toleruję publicznych bezwstydnych ekscesów degeneratów z LGBT, acz znoszę bez sprzeciwu uprawianie przez nich wszelkich dewiacji w prywatności i ukryciu. Prócz tych oczywiście, które stanowią naruszenie obowiązującego wszystkich prawa.

Nie toleruję chamstwa mafijnych partyjniaków totalnej opozycji i dziwię się, że ich sejmowi koledzy z prawej strony w ogóle z nimi rozmawiają. Zdarzyło mi się we wczesnym okresie istnienia TV Republika brać udział w jakimś programie, a w poczekalni natknąłem się na ważnego działacza Platformy Obywatelskiej, który jako jedyny chyba z tamtej strony był łaskaw zaszczycać tę stację swoimi występami. Jakże się szczerze zdziwił, gdy pamiętając jego chamskie i brutalne sejmowe napaści na PiS-owski elektorat w okresie rządów PO, demonstracyjnie zignorowałem jego wyciągniętą ku mnie rękę… Ale tolerowałem jego obecność i prawo do wypowiadania swego zdania, byle w miarę kulturalnie.

Tolerancja I Rzeczypospolitej a tolerancja spadkobierców Robespierre’a

Wyznawcy wielokulturowości I Rzeczypospolitej, w tym mój ojciec, który mnie wychował w duchu szacunku do innych, słusznie podkreślali panującą w niej tolerancję religijną ujętą wręcz w prawo państwowe (akt konfederacji warszawskiej z 28 stycznia 1573 r.), dzięki czemu dawna Polska była państwem bez stosów, a wielu spośród zamieszkujących katolickie królestwo innowierców – jak prawosławna i protestancka szlachta, Ormianie, Tatarzy i Karaimi – cieszyli się pełnią praw obywatelskich, Żydzi zaś nie byli prześladowani i rządzili się wedle własnego prawa. Dzisiejszym wrzaskliwym oskarżycielom Polaków o odwieczną skrajną nietolerancję warto przypomnieć, że tekst konfederacji warszawskiej został w 2003 r. wpisany w dziale „Pamięć świata” na listę UNESCO, czyli wielce postępowej organizacji, agendy ONZ. I słusznie, bo w czasach powstawania w Polsce tego wiekopomnego aktu tolerancji w rządzonej przez absolutystycznych władców Europie Zachodniej panowała zasada „cuius regio, eius religio”, która oznaczała, że poddani mieli wyznawać tę samą religię co król, co doprowadziło do straszliwych wojen.

A dziś niedouczone przygłupy stawiają nam w tym względzie za wzór spadkobierców tych wyrzynających się nawzajem bezlitośnie narodów – Francuzów, Niemców, Holendrów. Jak z bólem rzekł przed 200 laty wróg wszelkiej despocji i wielki rosyjski poeta Michaił Lermontow: „Byłoby to zabawne, gdyby nie było tak straszne!”. Macron i Timmermans naszymi autorytetami moralnymi! To czemu nie gilotyniarz Robespierre i jego wielbiciel Pol Pot?

Cenić prawdziwą polską tolerancję w duchu I Rzeczypospolitej nauczyłem się na własnej skórze. I to w wydaniu niekoniecznie jaśnie oświeconych panów hrabiów ze słomą sterczącą z butów, ale zwykłych ludzi, często niezbyt wykształconych, lecz postępujących zgodnie z zapisanymi od wieków w ich genach – czy duszach – zwykłymi chrześcijańskimi zasadami. Przejawiało się to choćby w okresie stanu wojennego.

Tolerancja czerwonej szlachty

Powracając do Polski po studiach reżyserskich w stolicy sowieckiej Rosji, przywiozłem jako żonę ukradzioną Sojuzowi niesforną jego obywatelkę, urodzoną w Moskwie córkę Białorusina i pochodzącej z Kubania Kozaczki. Tam była „nie nasza”, jak jej oznajmił z rewolucyjną czujnością po 5 minutach spędzonych w przedziale kolejowym oficer sowieckiej armii wracający z urlopu do NRD. Z dużą dozą prawdopodobieństwa można było zakładać, że niemówiąca jeszcze dobrze po polsku moja żona także w zgnębionej stanem wojennym Polsce okaże się „nie nasza” i spotka ją tu sporo nieprzyjemności ze względu na pochodzenie.

I nic takiego się nie stało! Nie tylko ze strony moich niekochających wszak Moskali przyjaciół, co dość oczywiste, ale nigdzie indziej – na ulicy, w sklepie, w pracy. Normalni Polacy odnosili się do niej normalnie, by nie powiedzieć wielce życzliwie. Jedyni, którzy życzliwości nie wykazali, to zomowcy ganiający nas z gazem i pałami po demonstracjach czy mszach za ojczyznę. No i jeden jedyny raz spotkała ją prawdziwa przykrość ze strony… dzieci czerwonych pająków. Przez znajomych udało mi się ją wkręcić na trudno wówczas dostępny kurs angielskiego, na którym, jak się okazało, większość uczestników stanowili potomkowie czerwonej szlachty, i to oni wyśmiewali się z jej akcentu i „ruskiego” pochodzenia. Tak więc angielskiego się nie nauczyła, natomiast dzięki tym innym, „normalsom”, zakochała się w Polsce i polskości, co pozwoliło jej tak perfekcyjnie opanować nasz język, że trudno rozpoznać, że nie jest rdzenną Polką.

O tym wszystkim za czasów rządów PO opowiedziałem ekipie TVP, która zaczepiła mnie w Warszawie podczas sondy ulicznej do programu o tym, czy Polacy są tolerancyjni. Podsumowałem – na podstawie własnych niemiłych doświadczeń w tej kwestii z paroma sąsiednimi nacjami – że Polacy są bodaj najbardziej tolerancyjnym narodem w Europie! Gdy parę dni później oglądałem toto na ekranie telewizora, bez najmniejszego zdziwienia stwierdziłem, że całą moją wypowiedź wycięto, a wszyscy pozostali „ludzie z ulicy” wypowiadający się na ten temat zgodnym chórem obwiniali własnych rodaków o wszelkie możliwe grzechy – antysemityzm, szowinizm, ksenofobię, wymachiwanie szabelką. Bo takie było z góry przyjęte założenie obiektywnych i tolerancyjnych dla zdania odmiennego autorów z PO-wskiej TVP.

Tolerancja współczesnych inżynierów dusz

Po co o tym wszystkim piszę właśnie teraz? No tak, troszkę skłamałem w pierwszym zdaniu tego artykułu – przecież właśnie ze względu na te wybory, które już za chwilę! Chcecie tolerancji w wydaniu Komorowskich z waleniem deską, Wałęsów z wyrzucaniem przez okna, całej tej sfory od dorzynania watah, wciskania pederastii do szkół, przedszkoli, miejsc pracy w międzynarodowych korporacjach podlizujących się mafii LGBT? Chcecie swobody wypowiedzi w stylu Jachiry, polegającej na obrzydliwym plugawieniu naszych świętości? Jeśli ich mocodawcy w tych wyborach zwyciężą, to tylko z taką tolerancją będziemy mieli do czynienia, co w praktyce oznacza, że my, publicyści, obszczekujący w imieniu milczącej większości czerwono-tęczową karawanę, która chwilowo na szczęście ugrzęzła we własnym błocie, od nowej władzy otrzymamy twardy prikaz: „Morda w kubeł!”. I będzie on bezwzględnie realizowany.

A ja nadal wierzę w tę prawdziwą, wrodzoną Polakom tolerancję, ale także w zwykły zdrowy rozsądek, którego nie widać u nawiedzonych inżynierów dusz, chcących nas siłą przerobić na bezwolnych połykaczy serwowanych nam nieczystości, bzdur i zboczeń. Przy urnach możemy pokazać, co o nich wszystkich myślimy, przewrotnie używając ich własnego hasła: no pasarán!