Ostatnio w grze jest kolejny pomysł ratowania Eurolandu przed upadkiem. Chodzi o symetryczną regułę długu. Zanim o niej, krótkie wprowadzenie. Zgodnie z Paktem Stabilności i Wzrostu, dług publiczny w państwie należącym do strefy euro nie powinien przekraczać 60 proc. w relacji do produktu krajowego brutto zaś deficyt 3 proc. także w odniesieniu do wartości PKB. Jeśli jest inaczej należy podjąć działania aby tę sytuację zmienić, czyli mówiąc wprost zredukować wydatki budżetowe w celu ograniczenia deficytu. Cała reguła staje się problematyczna, kiedy do redukcji zadłużenia zmuszane jest państwo przechodzące spowolnienie lub wręcz wpadające w recesję. Wówczas naturalnym działaniem antycyklicznym powinno być zwiększenie nakładów publicznych, czyli wzrost deficytu. Jednak wtedy pojawia się ryzyko naruszenia reguł fiskalnych obowiązujących dla strefy, co grozi wlepieniem wysokich kar.

Niedawno wobec takiej groźby stanęła Italia. Na Włochy mogły zostać nałożone liczone w miliardach euro sankcje, gdyż poprzednia koalicja nie chciała się zgodzić na wymuszaną przez Komisję Europejską redukcję wydatków. Po roszadach rządowych nad Tybrem temat przycichł, warto jednak pamiętać, co działo się jeszcze kilka miesięcy temu. W takich sytuacjach pojawia się całkiem racjonalna argumentacja, że rekomendacje unijnych urzędników przypominają gaszenie pożaru benzyną i zamiast pomagać wyjść z trudności jeszcze je pogłębiają.

Problem ma głębsze podłoże. Strefa euro nie posiada wspólnego budżetu, z którego pogrążony w trudnościach kraj mógłby uzyskać wsparcie. Nie jest nim przecież mający wynosić paręnaście miliardów euro dodatek do wydatków budżetowych całej Unii. Dotąd jednak tylko to udało się wynegocjować przywódcom Eurolandu. Prawdziwego budżetu nie ma, ponieważ nie ma woli politycznej aby go wprowadzić. Tej woli nie mają przede wszystkim Niemcy, którzy uważają, że ów budżet byłby po prostu okazją do uwspólnotowienia długów, tymczasem Berlin jak ognia chce tego uniknąć.

W tych okolicznościach swoją propozycję przedstawiła Europejska Rada Fiskalna, gremium doradzające Komisji Europejskiej w sprawach budżetowych. Nosi on nazwę, jak wspomniano wcześniej, symetrycznej regulacji długu. Zasadniczo chodzi o to aby jedne państwa, te z lepszą sytuacją fiskalną, więcej wydawały, podczas gdy te bardziej zadłużone zmuszone są do oszczędności. Taka koordynacja miałaby pozwolić na uniknięcie zbytniego zaciskania pasa w całej strefie. Nietrudno się domyślić, że w pierwszej kolejności nowe rozwiązanie dotyczy właśnie Niemiec. Nad Renem od lat odnotowywana jest idąca w dziesiątki miliardów euro nadwyżka budżetowa. Jednak zamiast wydawać zaoszczędzone środki, nasi zachodni sąsiedzi wolą je chomikować. Czy jest szansa aby ich podejście się zmieniło? Niewiele na to wskazuje, wczytując się w wypowiedzi wicekanclerza i ministra finansów Olafa Scholza dojść raczej można do wniosku, że Niemcy nie mają za bardzo ochoty aby cokolwiek zmieniać. A jeśli już, to najpewniej na własnych warunkach, nie zaś pod przymusem czy w wyniku nacisków tych czy innych gremiów.

To wszystko pokazuje zaś poważny strukturalny problem obszaru wspólnego pieniądza. Nie jest on optymalnym obszarem walutowym, nie posiada także innych mechanizmów prowadzenia polityki gospodarczej, oprócz wspólnej polityki pieniężnej. Ta jednak nie wystarcza w obecnej sytuacji do tego aby rozruszać hamującą gospodarkę Eurolandu. Niekończące się dyskusje mające na celu doprowadzenie do powołania wspólnego budżetu dla unii walutowej kończą się natomiast rozwiązaniami pozornymi. Dogłębna reforma strefy euro nie jest w tych warunkach możliwa i jedynie co pozostaje to wegetacja w ramach status quo.