Przez ostatnich kilka tygodni głośno mówiło się o tym, że elektorat Prawa i Sprawiedliwości, choć najliczniejszy, dał się trochę rozleniwić znakomitym sondażom. Trudne do zweryfikowania badanie IBRiS wskazywało wręcz, że wyborcy PiS wykazują się przed nadchodzącymi wyborami najmniejszą determinacją. I choć nie wiadomo, jakie miałyby być tego objawy i skutki, politycy partii rządzących zaczęli apelować do swojego elektoratu o udział w wyborach.

Dla kogo dobra wysoka frekwencja

Jest to zresztą ze wszech miar słuszne w sytuacji, w której o spokojnej kontynuacji rządów zadecydować może niewielka liczba głosów, a dotychczasowa agitacja profrekwencyjna prawie zawsze miała mniej lub bardziej zawoalowany antyrządowy wydźwięk. Warto pamiętać, że w 2007 r. głosowanie, które spektakularnie pozbawiło PiS władzy, poprzedziły kampanie społeczne odwołujące się do potrzeby zmiany (w domyśle – zmiany rządu), które jako rzekomo służące wyłącznie namowie do udziału w wyborach nie były objęte typową dla materiałów komitetów wyborczych kontrolą. Z udziałem kilkudziesięciu podmiotów medialnych i organizacyjnych, krajowych i zagranicznych (głównie, co nie dziwi, niemieckich) za grube miliony przeprowadzono potężną inicjatywę medialną skierowaną do najmłodszych wyborców, wówczas, jak wykazywały badania, najbardziej niechętnych rządowi Jarosława Kaczyńskiego.

Kto chciałby przypomnieć sobie szczegóły, sięgnąć powinien po dostępny w wielu miejscach internetu raport śp. Jacka Maziarskiego „Jak zmanipulowano wybory 2007 r.”. Tym razem rzecz wygląda zupełnie inaczej – najgłośniejszą akcję na rzecz frekwencji zapamiętamy głównie z wyśmiewania osób niepełnosprawnych umysłowo przez jej uczestników, a wielu badaczy twierdzi, że im więcej głosujących, tym lepszy wynik PiS.

Dopóki są w PO, włos im z głowy nie spadnie

Ostatni weekend kampanii przyniósł kilka wydarzeń, które mogą pomóc PiS w tej kluczowej dla wyborczego wyniku mobilizacji. W piątek TVP Info ujawniło taśmy, na których były lokalny działacz Platformy Obywatelskiej z Tczewa nagrał szefa klubu parlamentarnego tej partii Sławomira Neumanna. To, że Neumann klnie jak szewc, nie powinno nikogo specjalnie dziwić, a czy ma nas jeszcze oburzać, to temat na inną dyskusję, choć na pewno liczba barwnych przerywników w zdaniu politykowi chwały nie przynosi. Z rozmowy, którą usłyszeliśmy, wydobyć można nie tylko lingwistyczne smaczki.

Z fragmentów, które pojawiły się w piątek, kluczowe są dwa wątki – jeden lokalny, drugi natury ogólnej. Neumann, zirytowany najwyraźniej przepychankami w lokalnych strukturach partii, obraża Tczew i jego mieszkańców, lecz przy tym zapędza się w rejony bardzo dla Platformy i jej oficjalnego przekazu niebezpieczne. Mówi bowiem wprost, że z punktu widzenia największej siły opozycyjnej w Polsce problemy z prawem jej działaczy, choćby i uzasadnione, nie są żadnym problemem. Dopóki są w partii, włos im z głowy nie spadnie. Politycznie, ponieważ zarzuty PiS-owskiej prokuratury dodają im tylko splendoru niczym aresztowanie w stanie wojennym (choć takie porównanie akurat się nie pojawia), lecz również prawnie. Neumann gwarantuje – i wydaje się, że wie, co mówi – że żaden sąd przed wyborami polityka Platformy nie skaże.

Neumann potwierdza diagnozę PiS

Obnaża więc przy tym paramafijny charakter swojej organizacji, lecz również symbiozę swojego środowiska z elitami prawniczymi. Bardzo brutalnie obnaża więc patologię systemu III RP, potwierdzając trafność diagnozy formułowanej przez Prawo i Sprawiedliwość i wyjaśniając, skąd aż taki opór przeciw wszelkim zmianom. I ze strony opozycji, i sędziów, tych wszystkich bohaterów walki o konstytucję, wolne sądy, miłe interesy i wygodną bezkarność nadzwyczajnej kasty. Dodatkowo, choć to raczej nie będzie miało większego znaczenia, obraża zarówno uczestniczących w wyborach zwykłych obserwatorów polityki, którzy nic z niej nie rozumieją, jak i KOD, który traktuje wyłącznie jak mięso armatnie dla większych, zorganizowanych partii.

Osoby głosujące na Koalicję Obywatelską, zgodnie z opisanym przez Neumanna, lecz znanym przecież wszystkim schematem, uznają go za ofiarę PiS-owskich prześladowań i nie staną się nagle sympatykami znienawidzonej partii rządzącej. Może ktoś uzna, że w tej sytuacji da szansę lewicy lub PSL, natomiast w ogólnym obrazie niczego to nie zmieni. Elektorat PiS dostał jednak kolejny powód, by ruszyć się z domu, bo choć według innych badań jego motywacją nie jest najczęściej obawa przed rządami innych partii, to po nagraniach niechęć do nich zyskała kolejny raz mocne podstawy.

Wałęsa przeskoczył samego siebie

Na Sławomirze Neumannie sprawa się jednak nie kończy. W niedzielę odbyły się kolejne partyjne konwencje. Na imprezie Platformy Małgorzata Kidawa-Błońska jak zwykle starała się być „tą dobrą”, Grzegorz Schetyna odmieniał przez wszystkie przypadki nazwisko „Kaczyński”, później show skradł obojgu Lech Wałęsa. Samo zaproszenie byłego prezydenta na ostatnią dużą konwencję wydaje się pomysłem ryzykownym, jednak Wałęsa tym razem zagalopował się trochę dalej niż zazwyczaj, choć wydaje się to trudne do wyobrażenia. Dzień po pogrzebie legendy Solidarności Walczącej Kornela Morawieckiego część przemówienia poświęcił swoim osobistym porachunkom dotyczącym wizji postawy „S” wobec komunistów w stanie wojennym i później. Wałęsa, o którego relacjach z komunistami, w tym turnusie w Arłamowie, wiemy już dość dużo, nazywa Morawieckiego zdrajcą przy aprobacie publiczności. Tej samej, która z szacunku dla zmarłego przełożyła konwencję z soboty na niedzielę i wśród której znajduje się choćby Grzegorz Schetyna, przed laty współpracownik Morawieckiego seniora w Solidarności Walczącej, który pożegnał go pięknym nekrologiem. To zderzenie soboty z niedzielą, pożegnania bohatera z jego opluwaniem, podniosło ciśnienie wielu osobom i może się jeszcze odbić na wynikach 13 października.

Odgrzewany wyborczy kotlet „Wyborczej”

W porównaniu z tymi dwiema historiami już tylko zabawna wydaje się próba odwrócenia nastrojów w małych miejscowościach podjęta przez „Gazetę Wyborczą”. Jej dziennikarze przygotowali milionowy nakład ulotki wyborczej udającej gazetę (więc jednak kłania się w pewnym stopniu przywołany wyżej raport Jacka Maziarskiego), w której przypominają mieszkańcom ośrodków, uznanych przez nich najwyraźniej za polskie swinging states, o wszystkich grzechach PiS. I czynią to powołując się na osoby niemające żadnego autorytetu w sprawach politycznych w rodzaju modelki Anji Rubik.

Gdy „Wyborcza” rozdawała swój dodatek, w Wieruszowie odbyły się prawybory. W miejscowości uważanej za dość reprezentatywną dla wyników ogólnopolskich materiały „GW” chyba nie zmieniły nastrojów – PiS poparło 46,5 proc. uczestników imprezy. To dobra wróżba. Ważne jednak, by emocje z ostatnich dni przed wyborami przełożyły się na duży udział sympatyków PiS w głosowaniu.