Dlaczego zainteresowała Cię ta historia?

Krążyłem wokół legionów, odkąd dawno temu, jeszcze w latach 80., kolega mi pokazał kolekcję zdjęć legionowych. Te zdjęcia były specjalne, bo to był moment, gdy się pojawiły ręczne aparaty fotograficzne. Ci chłopcy się fotografowali. I wiele tych zdjęć mocno mi zapadło w pamięć. Czytałem też dużo wspomnień. Na jakiejś kartce pocztowej było wspomnienie o półzarośniętym, zdziczałym chłopaku, który próbował ukraść buty. Legioniści go złapali, pobili, a on mimo wszystko z nimi został, bo tam była ciepła zupa. Pointą tej historii było zdanie: „On tam został i stał się taki jak my”. Utkwiło mi to zdanie. Jak zadzwonił do mnie producent Maciek Pawlicki i powiedział hasło „legiony”, pomyślałem, że może to jest ten moment, by tę historię zobrazować.

A byłeś gotowy?

Nie byłem. Nigdy nie jest się gotowym na takie rzeczy. Ale zaczęliśmy o tym rozmawiać i tak się stało, że to się udało. Choć to jest oczywiście cud, bo film o takiej skali jest trudno sfinansować i wyprodukować.

W Polsce…

Myślę, że wszędzie. My się przyzwyczailiśmy do robienia rzeczy o mniejszej skali i dobrze się po tym poruszamy. W większej skali poruszamy się gorzej, choć wielu ludzi pozytywnie zareagowało na takie wyzwanie. Poczuli, że to jest dla nich coś ciekawego.

Recenzję Twojego filmu zacząłem od stwierdzenia, że to jest film kameralny z potężnymi scenami batalistycznymi. Jak się do tego odniesiesz?

Moim zdaniem on nie jest kameralny. Konstrukcja filmu jest taka, że jest bohater zbiorowy – legioniści. I z tego tłumu ludzi wyciągamy trzy osoby oraz postać Króla. Ja po prostu nie wierzę w zbiorowego bohatera. Nie widziałem filmu, który by przeprowadził dramaturgię za pośrednictwem bohatera zbiorowego. Widz musi przeżywać kogoś pojedynczego. Dlatego z tłumu legionistów zbliżyłem osoby, które są poddane ciężkiej próbie, jaką jest wojna. Chciałem dać widzowi poczucie bicia serca pojedynczych ludzi. Zachowanie proporcji między batalistyką a sekwencjami dotyczącymi głównych bohaterów było najtrudniejszą rzeczą. Dla mnie jako reżysera to był największy szkopuł, żeby znaleźć równowagę między intymnością a bitewnym zgiełkiem.

Dzisiejsze pokolenie może się przejrzeć w tym filmie?

Może, ale nie musi. Pokazaliśmy dwa lata naszej historii, bardzo ciekawe i ważne. Nie wiem, czy nie najważniejsze, bo tam się udało naszej wspólnocie zmartwychwstać.

Film mnie kilkakrotnie ściskał za gardło i wyciskał łzy z oczu, ale dostrzegłem w nim słabości. Chodzi o to, że zastosowałeś schematy: typu trójkąt. Później do mnie dotarło, że chyba nie da się dziś robić kina inaczej niż przy pomocy wytartych żetonów, tylko je trzeba uordynarnić.

Inaczej na to patrzę. Jeśli robisz film skierowany do szerokiej widowni, to musisz się posługiwać językiem, który ona rozumie. Wykorzystuje się schematy fabularne. Kwestią zasadniczą jest, jak to się robi. Bo można odgrzać kotleta albo zrobić nowe danie. Wyzwaniem tego filmu było przekroczenie kompleksów. 

Jakie kompleksy masz na myśli?

Polskie kompleksy, świetnie opisane przez Kisiela. Chodzi o to, że czujemy się mali, niepotrzebni samym sobie, niesamodzielni. Myślę, że legioniści tak nie myśleli o sobie samych.

Opowiedz o ekipie, z którą realizowałeś ten film.

Zacznę od tego, że tym ludziom należą się ogromne podziękowania. Nie mieliśmy luksusu, nie stać nas było na wszystko podczas realizacji tego filmu, ale czasem robiliśmy rzeczy ponad stan. Wynikało to z talentu, ciężkiej pracy, krwi i potu ekipy.

Z jakiego klucza ich dobierałeś?

Szukałem ludzi, u których hasło „legiony” wywoływało na twarzy jakąś jasność. Za charakteryzację odpowiadała Anna Dąbrowska. To najwyższej klasy profesjonalistka. Pracowałem z nią pierwszy raz i chętnie bym kontynuował współpracę. Kostiumy zrobiła Magdalena Luterek-Rutkiewicz – znakomita specjalistka od militariów. Scenografię zrobił Paweł Jarzębski. Długo szukałem kogoś, komu uda się zrobić duży świat za tak ograniczone środki. Skuteczność Pawła w tym zakresie była niesłychana i bardzo nam pomogła w filmie, bo scenografia wygląda doskonale. Zaś autorem zdjęć jest Jarosław Szoda. Kiedy mu powiedziałem hasło „legiony”, to nie tyle pojaśniał, co aż zapłonął. Ten płomień trwał do ostatniego dnia, dlatego film bardzo dużo mu zawdzięcza. Chodzi o jakość obrazowania, wiele pomysłów, które wrzucił w ten film, i ogromną ilość serca. Bardzo ważną osobą jest też kompozytor muzyki Łukasz Pieprzyk. Myślę, że to jest wschodzące słońce polskiej muzyki filmowej. Ja szukałem innego rodzaju muzyki do tego filmu niż to się u nas zdarza. Chodziło o to, żeby to była również muzyka ilustracyjna, kładziona na większych kawałkach filmu. Okazało się, że Łukasz potrafi to robić. Jego muzyka była niesłychanym elementem regulującym balans między scenami batalistycznymi a intymnymi. Miałem ogromne szczęście, że wpadliśmy na siebie.

Z tego samego klucza dobierałeś aktorów?

Nie chciałem podpisać umowy z producentami filmu do momentu, aż znajdę głównego bohatera, czyli Józka. Długo nie podpisywaliśmy tej umowy, bo poszukiwania się nie udawały. Założyłem sobie, że Józek to będzie analfabeta, ale obdarzony samorodną, uliczną inteligencją, z ukrytym, ale dostrzegalnym potencjałem, z czymś, co może nas pociągnąć. Jednocześnie to facet, który jest bardzo mocny, jest dzikim wilkiem. Trudno było znaleźć aktora, który by to uniósł. I pewnego dnia na jakiejś firmowej imprezie zobaczyłem Sebastiana Fabijańskiego. Dostrzegłem w nim dzikiego gościa. Zaprosiłem go na spotkanie i po 20 minutach rozmowy wiedziałem, że to może być on. Myślę, że to był doskonały wybór. Sebastian jest niesamowicie zdolnym aktorem, który nie odpuszcza i walczy o swoje do końca – może to czasami jest trudne, ale przynosi efekty.

A pozostali aktorzy?

Antagonistą filmowego Józka jest Tadek, czyli chłopak z ziemiańskiego domu. Ta rola była wyzwaniem dla Bartosza Gelnera, bo musiał się nauczyć jeździć konno czy strzelać. Robił też trudne numery kaskaderskie, bo ma sprawność fizyczną przekraczającą normę. I trzecią bohaterką filmu jest Ola. Szukałem do jej roli mocnej dziewczyny, której się uwierzy, że ona strzela z broni i jest w stanie wysadzić most. Też długo trwały te poszukiwania, aż na casting przyszła (a raczej ją przynieśli, bo miała złamaną nogę) Wiktoria Wolańska. Ona też jest niezwykle podobna do pierwowzoru tej postaci, czyli do Olgi Gnatowicz, którą zobaczyć można na archiwalnych zdjęciach.

Zastanawiałem się, czy w tamtych czasach były możliwe takie odważne relacje męsko-damskie.

Pytałem o to moją babcię, gdy już była w wieku, że odpowiadała szczerze [śmiech]. I ona mi powiedziała: „Kochany, wszystko się działo tak samo, tylko bardziej”. Jedyną różnicą było, że oni o tym nie mówili.

Oczywistą sprawą jest Baka…

Wcale nie oczywistą. To była najtrudniejsza postać do ożywienia, bo mówi o ideach. Jestem bardzo szczęśliwy, że Mirek Baka dał Królowi twarz, ciało i ducha.

Król usynowił Józka, a Józek po nim przyjął to ojcostwo.

Józek nie jest w legionach do momentu, kiedy widzi Króla, który oddaje za niego gardło. Nie dlatego, że go lubi czy pokochał jak syna, ale to wynika z obowiązku, jaki oficer ma wobec podwładnego. I Józek musi sobie poradzić z tego rodzaju ofiarą.

Dla mnie kluczowa jest również scena pojedynku, bo grany przez Grzegorza Małeckiego Złotnicki mówi o istocie każdej despotii. On mówi – mnie się opłaca, ja Cię nie zabiję, bo bym nie awansował. Proste.

On wierzy w wieczny carat, choć ten carat już nie istnieje w momencie, gdy on to mówi. Żeby zrobić tę scenę, aktorzy musieli przez miesiąc ćwiczyć walkę szablą. To nie było łatwe.

Przed nami premierowy weekend. Jak zareagujesz na potężny atak na swój film?

Mam nadzieję, że taki atak nie nastąpi, bo chyba wszyscy chcemy zobaczyć nasz świat bez kompleksów.

Nieopublikowane fragmenty wywiadu można przeczytać w weekendowym wydaniu „Gazety Polskiej Codziennie”