Jak już informowaliśmy na łamach portalu Niezależna.pl, na wniosek znanego aktywisty LGBT Bartosza Staszewskiego, sąd okręgowy nakazał wycofanie z dystrybucji głośniej naklejki dołączonej do nr 30 tygodnika "Gazeta Polska" z 24 lipca br. Staszewski uzasadniał swój wniosek rzekomym naruszeniem jego dóbr osobistych.

Decyzja sądu zapadła w błyskawicznym tempie, bo już po dwóch dniach od wniesienia przez homoatywistę wniosku. Tymczasem zażalenie wydawcy "Gazety Polskiej" nie zostało rozpatrzone do dzisiaj, mimo, że od  momentu jego wniesienia minął ponad miesiąc.

Okazuje się, że przyczyna takiego stanu rzeczy tkwi w opieszałości sądu okręgowego, który zwleka z przekazaniem akt sprawy sądowi apelacyjnemu w Warszawie.

Zdaniem ekspertów Instytutu Ordo Iuris postanowienie sądu mogło obligować wyłącznie sprzedawców, którzy zwracają niesprzedany nakład prasy kolporterowi i tym samym jego wykonanie spoczęło na osobach trzecich, niebędących stroną sprawy.

Według opinii Instytutu Ordo Iuris "wydawca <> działał w ramach konstytucyjnie gwarantowanej wolności prasy i innych środków społecznego przekazu, a publikacja naklejki objęta jest fundamentalną z perspektywy praw człowieka wolnością wyrażania swoich poglądów, w tym poglądów krytycznych wobec postulatów politycznych i społecznych (odpowiednio art. 14 i 54 Konstytucji RP).

„Osoby, które zakupiły wydanie magazynu z naklejką, korzystają z wolności wyrażania swoich poglądów mogących mieć także motywy religijne. W tym sensie posługiwanie się naklejką łączy się z gwarantowaną w art. 53 Konstytucji RP i aktach prawa międzynarodowego wolnością sumienia i wyznania. Działania wydawcy «Gazety Polskiej» w postaci publikacji naklejki stanowiły wykonanie przysługującego mu prawa i miały na celu realizację społecznie uzasadnionego interesu. Jako takie korzystają w pełni z ochrony prawnej”

– ocenił analityk Łukasz Bernaciński, cytowany przez portal ordoiuris.pl.