Celem konwencji jest mobilizowanie sympatyków i pozyskiwanie nowych wyborców. To nie tylko show, lecz także jeden ze sposobów komunikowania się partii ze społeczeństwem, element szeroko rozumianej debaty publicznej. I jak pokazał ostatni weekend – również sprawdzian organizacji ugrupowań. Bo wbrew obiegowym opiniom – gdy nie ma pomysłu, nie ma idei i treści, to najlepsze piarowe pomysły nie wystarczą. Platforma ma potężne doradcze zaplecze, przyjaciół w agencjach reklamowych i wśród twórców. Nie brakuje jej też środków – mogła zrobić dynamiczną konwencję przyciągającą uwagę, ale wysiliła się jedynie na pokraczne, momentami wręcz kabaretowe posiedzenie partyjnych kolegów, udekorowane muzyką i światłami. Dlaczego? Bo tych ludzi już nic nie łączy poza pragnieniem zapewnienia sobie miejsc w parlamencie. Nie ma idei, pomysłu na Polskę, na siebie, nie ma programu i tych, którzy mogliby go zrealizować. Beznadzieja – to dziś najlepsze określenie stanu, w którym znajduje się ugrupowanie Schetyny z nim samym zresztą. Przed kompletną porażką chroni je medialny kordon, ciągle stojący na straży bardziej z braku lepszej – czytaj: silniejszej – alternatywy niż z jakiegokolwiek innego powodu. Gdyby postkomunistyczne media przestały pompować kamizelkę ratunkową macierzystego ugrupowania Tuska, poszłoby ono na dno jak kamień.

Nie ulega wątpliwości, że utrzymywanie na powierzchni będzie kontynuowane do wyborów. Jednak pierwsze zwiastuny głębokich przeobrażeń formacji opozycyjnych po 13 października widać już gołym okiem. Przede wszystkim dlatego, że dziś te środowiska są najsłabsze od 1989 r. Można nawet śmiało postawić tezę, że trzymają się wyłącznie w oparciu o pozycje uzyskane z jednej strony z namaszczenia Jaruzelskiego czy Kiszczaka – największe media, służby – a z drugiej dzięki kroplówce płynącej z zagranicy.

Jednak fakt, że postkomuna niepewnie trzyma się na nogach, nie może wprowadzać środowisk niepodległościowych w stan błogiego relaksu. Jeśli sieć antydemokratycznych pęt ma zostać rozerwana, to potrzeba do tego nadzwyczajnej wręcz mobilizacji. Przeciwnik słabnie, ale ciągle jest niebezpieczny. By go pokonać raz na zawsze i zakończyć postkomunizm, trzeba gromadzić wszelkie możliwe siły. Decydująca bitwa rozegra się 13 października. Jej stawką jest nie tylko następna kadencja Zjednoczonej Prawicy, lecz przede wszystkim trwała dezintegracja środowisk, które po 1989 r. powstrzymały pełną i prawdziwą demokratyzację Polski.