Już na zgrupowaniu przed wrześniowymi meczami dało się odczuć, że atmosfera w zespole nie jest najlepsza. Przed spotkaniem ze Słowenią selekcjoner oznajmił, że przez najbliższe pół roku pierwszym bramkarzem będzie Łukasz Fabiański. Według jednego ze sportowych portali Wojciech Szczęsny bardzo źle przyjął ten fakt. Golkiper Juventusu Turyn był wyraźnie zdenerwowany, gestykulował, zachowywał się, jakby czegoś nie rozumiał. Gdy kadra wróciła do Warszawy, nie miał czasu dla fanów, którzy chcieli sobie zrobić z nim zdjęcie czy prosili go o autograf. Po powrocie do Turynu zamieścił w sieci wpis, który dość jednoznacznie wskazuje na poziom jego rozczarowania sytuacją w kadrze: „Dom to miejsce, w którym czujesz się kochany i doceniany. Wspaniale do niego wrócić”. Reprezentacja Polski po wrześniowym zgrupowaniu kadry przypomina wulkan. Nie chodzi tylko o atmosferę w drużynie i osłabioną pozycję selekcjonera. Gołym okiem widać, że organizacja gry pozostawia wiele do życzenia. Zawodnicy mają świadomość, że dzieje się coś niedobrego. Robert Lewandowski po meczu z Austrią powiedział: „Nawet przy wychodzeniu z kontrą coś szwankuje i przez to męczymy się sami ze sobą”.

Brzęczek (nie)zagrożony

Po spotkaniach ze Słowenią i Austrią powróciło pytanie o pozycję Jerzego Brzęczka. Dziennikarz sportowy Adam Godlewski na Twitterze napisał, że porażka z Austrią spowodowałaby zwolnienie selekcjonera kadry. Wydaje się to mało prawdopodobne z kilku powodów. Nie tylko dlatego, że prezes PZPN przyznałby się przed opinią publiczną do błędu, ale nie podjąłby ryzyka zmiany trenera w sytuacji, kiedy to Polska byłaby nadal liderem swojej grupy eliminacyjnej. Poza tym szukanie szkoleniowca drużyny narodowej miesiąc przed kluczowymi meczami byłoby nieracjonalne. Z pewnością Zbigniew Boniek jest niezadowolony nie tylko ze stylu, który zademonstrowali Biało-Czerwoni we wrześniu, ale też z powoływania „na kredyt” niektórych zawodników, jak Jakub Błaszczykowski, a wcześniej Arkadiusz Reca. W oficjalnych wypowiedziach szef PZPN broni selekcjonera, ale przypomina to robienie dobrej miny do złej gry.

Krajobraz po bitwie

Piłkarscy eksperci są zgodni w ocenie nie tylko dwóch ostatnich występów ekipy Brzęczka. Niektórzy mówią o „fornalizacji” kadry narodowej. Regres reprezentacji polega na powrocie do sytuacji, kiedy piłkarze dobrze spisujący się w swoich ekipach klubowych nagle tracili swoje walory, przywdziewając biało-czerwone barwy. Nie ma wątpliwości, że ostatnie mecze eliminacyjne ujawniły mankamenty w grze naszej ekipy, które we wcześniejszych meczach nie były tak widoczne. Być może rywale byli na tyle słabi, że owych słabości nie umieli wykorzystać. Oceniając grę naszej kadry, trzeba uczciwie przyznać, że wymęczony jeden punkt z Austrią należy uznać za sukces. Oba spotkania ujawniły, że selekcjoner nie bardzo ma pomysł na grę albo zawodnicy nie potrafią idei selekcjonera realizować. Za kadencji Adama Nawałki (poza nieszczęsnym mundialem) nie było problemów z odczytaniem jego pomysłu na grę. Czego nie można powiedzieć o nowej kadrze. Szczególnie w drugim meczu nasi reprezentanci nie potrafili w żaden sposób przedostać się spod własnej bramki na połowę przeciwnika. Długie piłki na Roberta Lewandowskiego rzadko zdawały egzamin. To powodowało bardzo małą ilość sytuacji bramkowych. Jeden celny strzał z drużyną z Bałkanów oraz dwa celne strzały na bramkę Austriaków to statystyki, które muszą budzić niepokój. Za kadencji Nawałki Polacy potrafili dominować w meczach z ekipami pokroju naszych wrześniowych rywali. Tymczasem przez wiekszość spotkania można było odnieść wrażenie, że gospodarzem spotkania na Stadionie Narodowym są Austriacy, którzy panowali na boisku. Polacy dość rozpaczliwie bronili się w obrębie własnego pola karnego. Trudno było dostrzec w poczynaniach Polaków jakiegoś spójnego systemu, wypracowanych schematów, czegoś, co funkcjonowało za czasów poprzednika Brzęczka. Oba mecze potwierdziły, że obrona bez Kamila Glika staje się dziurawa, niepewna, zagubiona. Do tego dochodzi niewykorzystanie potencjału niektórych zawodników ze sztandarowym przykładem Piotra Zielińskiego. Ktoś powie, że nie uczynił tego żaden z selekcjonerów, ale jednak w kadrze Adama Nawałki utalentowany pomocnik Napoli prezentował się korzystniej.

Czy zatem prawda o reprezentacji jest aż tak ponura, jak sugerowałyby to wyniki i styl gry w spotkaniach wrześniowych? Biało-Czerwoni nie są tak słabi, jak można by wnioskować po wrześniowych konfrontacjach. Z pewnością potrafią grać lepiej, mają w swoich szeregach jedną gwiazdę i kilku bardzo dobrych piłkarzy. Ale też nie można się łudzić, że Polacy będą światową potęgą, ekipą, która wygra wszystkie spotkania w kwalifikacjach do wielkiej imprezy, bo nie mamy takiego potencjału. Czasem można odnieść wrażenie, że oczekiwania kibiców, ekspertów są nieadekwatne do pułapu, który kadra jest w stanie osiągnąć.

Przyszłość kadry Brzęczka

Polacy zdobyli ledwie punkt w dwóch wrześniowych konfrontacjach eliminacyjnych, ale wciąż pozostają liderem swojej grupy. Mimo słabego stylu, zachwianej pozycji selekcjonera, nie najlepszej atmosfery, to Biało-Czerwoni nadal rozdają karty i trudno sobie wyobrazić, by nie znaleźli się pośród finalistów Euro 2020. Pytanie dokąd zmierza ta kadra jest jednak bardziej aktualne niż na początku eliminacji. Po szczęśliwym starcie kwalifikacji, który przysłonił nam prawdziwy obraz naszej ekipy narodowej, nadeszły spotkania, które z całą mocą ujawniły, że reprezentacja „gra piach”. Nie umiemy zdominować solidnych, ale przecież nie nadzwyczajnych rywali, zawodnicy prezentują się w kadrze poziom niżej niż w klubach, brakuje pomysłu na wyprowadzenie piłki spod własnej bramki, kreowanie sytuacji bramkowych, skuteczności. Sprzyja nam fakt, że pośród naszych rywali nie ma europejskich potęg, rywale grają w kratkę, gubią punkty. Sytuacja przed październikowymi meczami jest bardzo dobra, dodatkowo terminarz jest dla nas wymarzony, bo za miesiąc gramy z najsłabszymi ekipami naszej grupy, a najgroźniejsi rywale pogubią punkty w konfrontacjach między sobą. Nadzieja umiera ostatnia, więc wciąż liczymy, że Biało-Czerwoni pokażą styl i pomysł na grę. Udowodnią, że potrafią grać w piłkę, choć niepokój, że na Euro będziemy tylko statystami niestety jest coraz większy.