Kibice Górnika, domagający się, by ich zespół zagrał jak dawniej, mieli prawo być rozczarowani pierwszą połową. Bo to wrocławianie atakowali, zagrażali bramce gospodarzy, egzekwowali rzuty rożne. Słowacki bramkarz zabrzan Martin Chudy cały czas był niepokojony, a jego vis a vis i rodak jednocześnie Matus Putnocky musiał przez długi czas rozgrzewać się sam.

Drużyna trenera Marcina Brosza miała problemy, by wyprowadzić akcje z własnej połowy. Udawało się jej to rzadko. Dwukrotnie zabrzanie domagali się rzutów karnych, za – ich zdaniem – zagrania ręką przeciwników, jednak sędzia był innego zdania. Piłkarze Śląska nie potrafili natomiast sfinalizować swoich akcji. Najlepszą okazję zmarnował w ostatnich sekundach przed przerwą Przemysław Płacheta, który minął Chudego i trafił w boczną siatkę.

Okazje były, ale goli zabrakło

Ten sam zawodnik przyjezdnych zmusił silnym strzałem do pierwszej interwencji golkipera zabrzan po zmianie stron. Potem do przodu chętniej ruszyli gospodarze, jednak bez wymiernych efektów. Piłkarze trenera Vitezslava Lavicki nie rezygnowali z walki o wygraną, w związku z tym kibice oglądali żywy, emocjonujący mecz. 10 minut przed końcem prowadzenie wrocławianom mógł zapewnić rezerwowy Daniel Szczepan, jednak po jego strzale z bliska głową piłka przeleciała obok słupka.

Zabrzanie stracili pierwsze ligowe punkty na własnym stadionie w tym sezonie, a goście utrzymali status jedynej wciąż niepokonanej drużyny, choć stracili prowadzenie w tabeli.

                         

Górnik Zabrze - Śląsk Wrocław 0:0

Sędzia: Bartosz Frankowski (Toruń). Widzów 17 450.