Zacznijmy od niego, bo Szyc - mimo wielu obaw - dał radę. Nie ma w nim niczego, co mogło irytować w wydaniu komediowym (a i często żenującym) - aktorsko jest to naprawdę jedna z najciekawszych i najlepiej zagranych ról w ostatnich latach polskiego kina. Szyc nie kopiuje kabaretowo stylu Marszałka, ale subtelnie odwzorowuje pewne nawyki (także językowe), energię i cały ten żywioł, jaki wokół siebie budował Piłsudski. W filmie Rosy nie ma zresztą w zasadzie ani jednej kiepskiej czy niepotrzebnej roli: Magdalena Boczarska i Maria Dębska jako kolejne wybranki Marszałka są po prostu świetne i przekonujące, a pepeesowskie i legionowe otoczenie głównego bohatera dość precyzyjnie rekonstruuje zarówno system personaliów i zależności, jak i rosnących przy Piłsudskim działaczy, żołnierzy i polityków. 

To jasne, że historycy i miłośnicy samego Piłsudskiego mogą z lupą poszukać scenariuszowych dróg na skróty - jest to w filmie nieuniknione -  ale Rosa na tyle sprytnie skonstruował swoją produkcję, że nie ma mowy o jakimkolwiek błędzie, który wypaczyłby tę wzruszającą (serce każdego Polaka wrażliwego na sprawy polskie musi zabić szybciej przynajmniej kilkukrotnie) opowieść. W czym rzecz, jeśli chodzi o formę? Film został oparty o kilka długich sekwencji (Petersburg, praca i walka w PPS, Oleandry, etc.), delikatnie podprowadzanych przez lektora tłumaczącego tło historyczne. Dzięki temu nawet ci spośród widzów, którzy kompletnie nie uważali na lekcjach historii mogą poczuć się częścią procesu odrodzenia Polski. Aż chciałoby się, by za jakiś czas powstała druga część filmu - już o działalności Marszałka w wolnej Polsce.

Potrzeba to tym bardziej paląca, że Józef Piłsudski w filmie Rosy nie jest aktorem w jakiejś hagiograficznej opowieści. Owszem, jest tu dużo wielkości Ziuka - a jego obsesja na punkcie Polski i niepodległości jest pokazana naprawdę przepięknie - ale dużo jest też niepoukładania, permanentnego szarpania się z sobą, z rzeczywistością dookoła. Poznajemy Piłsudskiego zarówno jako twardego i bezwzględnego organizatora działań partyjnych, bojowych, a miejscami niemal terrorystycznych, przenikliwego polityka myślącego (i działającego!) nieustannie na rzecz niepodległej Polski, jak i nieporadnego w życiu prywatnym męża i ojca (zwłaszcza w wymiarze kolejnego związku i skandalu, jaki swoją decyzją wywołuje). Piłsudski w opowieści Rosy to człowiek czynu, który nie umie i nie chce czekać, dzielić włos na czworo i przeciągać sprawy na długie tygodnie, miesiące i lata. Ma to oczywiste plusy, ale i sporo potencjalnych ryzyk i minusów, które reżyser dobrze opowiada. 

Film, o co bało się wielu widzów jeszcze w trakcie powstawania "Piłsudskiego", nie jest jednak żadnym uderzeniem w polską historię, w samego Marszałka, czy szeroko rozumiane sprawy polskie. Na produkcji Rosy wzruszą się zarówno ci, którzy w Ziuku widzieli i widzą legendę i symbol Polski, jak i ci, dla których Piłsudski to kompletnie odległa postać z kart podręczników z lekcji historii. Jedni i drudzy spotykają się w tym filmie jak we wspólnym mianowniku troski o sprawy Polski - i to chyba największy komplement, jaki może usłyszeć reżyser filmu. Owszem, pochwalić trzeba też i montaż, i pracę kamerą, i przejmujący klimat filmu, ale wszystko to mogłoby nie być funta kłaków warte, gdyby zostały spartolone inne, ważniejsze (przynajmniej w takich produkcjach) kwestie - Rosa tego uniknął. 

Gdzieś w tle całej opowieści snutej w filmie jest mimo wszystko nieoczywiste przekonanie, że tak naprawdę za Piłsudskim stała garstka osób. I ten wątek został bardzo precyzyjnie i szczegółowo opowiedziany - Ziuk nie przyszedł na gotowe, ciężko wypracowując sobie (i rodzącemu się państwu) pozycję: i tę międzynarodową, która była kluczowa do działań w roku 1918, i tę wewnętrzną, nieustannie pukając (czasem wyważając drzwi...) do serc i umysłów Polaków. Wybrzmiewa to szczególnie mocno w chwilach, które znamy chyba wszyscy - trzaskających okiennic Polaków na legionowe hasło "Polska idzie!", niechęci do walki, zmęczeniu zaborami, przyzwyczajeniu i urządzeniu się już pod butem, radością z namiastek wolności. Film Rosy pozwala zrozumieć, dlaczego w "Pierwszej Brygadzie" pada hasło "je..ał Was pies". Ten cytat - jak i kilka innych, niemal legendarnych - pojawia się także w samym filmie.

"Piłsudski" to nie tylko wyśmienita lekcja historii, ale i opowieść o czymś, co nieustannie szarpie się gdzieś w naszym narodowym kodzie DNA - trosce o sprawy polskie, wspólne. Michał Rosa uczynił to z gracją i artystycznym kunsztem na najwyższym poziomie.

Ocena: 8/10