Jowialny wizerunek wąsatego pana, rozsądnego i umiarkowanego, z pięciorgiem dzieci i żoną, która – jak opowiadano wówczas w mediach – była „jak panna z dworku”, zadziałał – Komorowski wygrał wybory. Było to oczywiście zwycięstwo przez nieporozumienie – Polacy zostali wprowadzeni w błąd i nie zorientowali się na czas, że postkomuna wciska im kit – a wkrótce okazało się, że ani manier, ani umiarkowanego nawet rozsądku w posadzonym na fotelu prezydenta dzięki sztuczkom propagandy polityku nie sposób znaleźć. Kolejne wybory przegrał – bo musiał przegrać, gdyż rażąco nie spełniał podstawowych warunków do piastowania funkcji prezydenta. Ale z punktu widzenia POstkomuny jest rzeczą zupełnie trzeciorzędną, co jest dobre dla państwa, jaki kandydat jest wysuwany na prezydenta czy premiera. Liczą się nie kompetencje, lecz… skuteczność w odgrywaniu roli. Dlatego tak jak niegdyś wysunięto Bronisława Komorowskiego, tak teraz PO zaproponowała Małgorzatę Kidawę-Błońską jako kandydatkę na premiera. To jest ten sam sposób na przyciągnięcie wyborców centrowych, konserwatywnych, patriotycznych – to tylko gra pozorów. Wystarczy posłuchać dotychczasowych wystąpień pani poseł Kidawy-Błońskiej w Sejmie czy przyjrzeć się jej wyborom – niczym nie różni się od reszty PO. Doradcy od wizerunku POstkomuny dostrzegli jednak, że jest bardziej urodziwa od Grzegorza Schetyny, ma cieplejszy głos i ładniej się uśmiecha – a rozpaczliwie szukali kogoś, kogo mogliby Polakom prezentować zamiast lidera Platformy. Uznano, że jedynym warunkiem na osiągnięcie jako takiego wyniku wyborczego PO jest zarówno schowanie logo partii i zastąpienie go nazwą „Koalicja Obywatelska”, jak i znacznej części pierwszoligowych polityków tej formacji, w oczach opinii publicznej skompromitowanych i ciągnących całą formację w dół. To dlatego Schetyna musiał ustąpić miejsca Kidawie-Błońskiej. Szef PO nie zdołał nawet obronić dla siebie pierwszego miejsca na liście w Warszawie – najprawdopodobniej wyszło postkomunie z badań, że nawet w zdominowanym przez elektorat liberalny mieście nie zrobi dobrego wyniku. Ba, co szczególnie byłoby pewnie bolesne – przegrałby z kretesem wybory z prezesem Jarosławem Kaczyńskim. 

Trzeba też powiedzieć jasno – zabieg z wysunięciem Małgorzaty Kidawy-Błońskiej może w części zadziałać i jakaś grupa wyborców może dać się zwieść gładkim formułkom wypowiadanym miłym, kobiecym głosem. Ale sądząc po dotychczasowych występach pani marszałek, to raczej gra na krótki czas. Jeszcze podczas kampanii powinno stać się jasne, że to – mówiąc kolokwialnie – pic na wodę fotomontaż. Nie wróżyłabym wielkiego sukcesu w zdobywaniu wyborców, ale warto odnotować, że opozycja sięga po wypróbowany przed laty sposób. Z punktu widzenia traktowania polityki jak teatru, gdzie na pierwszym planie odgrywane są role kostiumowe, a z tyłu, ukryte za kulisami, dzieją się rzeczywiste sprawy – to racjonalne i konsekwentne działanie. Postkomunie – piszę to od lat przecież – służy tylko kłamstwo. Prawda jest śmiertelnym zagrożeniem. 

Gdy opozycja odgrywa swoje spektakle i przebiera się w kolejne kostiumy, Prawo i Sprawiedliwość zaprezentowało propozycje na kolejną kadencję. To program pracy na rzecz polskiego dobrobytu – dalszy wzrost płac, w tym podniesienie płacy minimalnej w 2021 roku do poziomu 3 tys. złotych, wzrost emerytur, nie jedna, a dwie „trzynastki” w ciągu roku dla emerytów i rencistów, nowy sposób naliczania składek ZUS – ma być wprowadzony mechanizm łączenia ich wysokości z dochodami przedsiębiorstwa. Prócz tego ma nastąpić skokowe podniesienie ryczałtu dla małych i średnich przedsiębiorstw z 250 tys. euro do 1 mln euro, a w przyszłości nawet do 2 mln euro. To będzie oznaczać dla nich mniejszą biurokrację i podatki. I jeszcze mnóstwo innych konkretnych zapowiedzi: powstanie funduszów o wartości 2 mld zł na szpitale i szkoły, program budowy 100 obwodnic miast, remontów kolejnych 150 dworców kolejowych. – Chcemy, by Polska była najlepszym miejscem do życia w Europie – mówi prezes Jarosław Kaczyński. Te wybory są bardzo proste – tam jest teatr i udawanie, tu konkrety i dotrzymywanie słowa. Trzeba tylko iść na wybory, dopilnować, by poszli inni, i zagłosować na obóz Zjednoczonej Prawicy.

Wybór jest jasny, czytelny, zbudowany na ostrym kontraście – widać jak na dłoni, gdzie jest racja i gdzie jest dobry program dla Polski. Nie dajcie się zatem nabrać na żadne kolejne awantury, jakie będzie wszczynała opozycja, by odwrócić od tego jasnego podziału uwagę wyborców. Z pogodnym stoicyzmem jedziemy dalej.