Schetyna piszący „Jarek, kończ…” zabawny jest dlatego, że to on sam miał usłyszeć kilka dni temu od wynajętej (za ciężkie zapewne pieniądze) firmy z Izraela, zajmującej się doradztwem wizerunkowym, że ma kończyć.

Nowa, przyjazna twarz Platformy proponuje i straszy

I choć szef Platformy natychmiast zdementował podane przez „Wprost” informacje, to dwa dni później okazało się, że słowa „Grzesiek, kończ…” gdzieś jednak, może w mniej jeszcze grzecznej formie, paść musiały. Znienacka, choć ponoć jako efekt „rozmów z Polakami”, kandydatką Koalicji Obywatelskiej na premiera okazała się Małgorzata Kidawa-Błońska, mająca być nową, bardziej przyjazną i niekojarzącą się z konfliktem politycznym twarzą Platformy. I to Kidawa-Błońska, pośród całej serii przejęzyczeń i wpadek (które zresztą mogą na początek trochę ocieplić jej wizerunek), przedstawiła w piątek propozycje Koalicji Obywatelskiej dla Polaków.

Co jednak nie powinno nam umknąć, pośród gładkich i miłych dla każdego ucha zapowiedzi, takich jak poprawa sytuacji w opiece zdrowotnej, przemyciła też pokaźną porcję platformianych strachów, zwłaszcza tych dotyczących powszechnej jakoby inwigilacji obywateli. Cóż, podobne przeświadczenie pomogło PO wygrać wybory w 2007 r., po drodze jednak mieliśmy dwie kadencje, podczas których w praktyce mogliśmy poznać podejście tego ugrupowania do wolności słowa. Sprawa „Antykomora”, prześladowania kibiców za hasło „Donald, matole, twój rząd obalą kibole”, wejście ABW do „Wprost”, ujawnione przypadki podsłuchiwania dziennikarzy i blogerów, wreszcie stanowisko Platformy w sprawie ACTA i, całkiem przecież niedawno, już w czasach przejęcia funkcji opozycji, ACTA 2 – to wszystko czyni Platformę mało wiarygodnym obrońcą obywatelskiej swobody wypowiedzi.

Stare, niespełnione i częściowo przedatowane obietnice w nowym opakowaniu

Reszta obietnic Koalicji Obywatelskiej to właśnie obietnice, nic więcej. Jako hasła brzmią oczywiście ładnie, wciąż jednak pozostajemy w kręgu tych samych zaklęć. Kolejny raz na nowo przepakowuje się w inne słowa zestaw nigdy niezrealizowanych zapowiedzi ze spotów sprzed 12 lat. O dobrze zarabiających lekarzach, dzieciach uczonych przez zadowolonych nauczycieli czy młodych Polakach wracających z emigracji. Ci ostatni, owszem, czasem wracają, choć już nie najmłodsi, trudno jednak dopatrywać się w tym zasługi Platformy. To raczej niepewność związana z brexitem, zmianami społecznymi i demograficznymi na Zachodzie, transfery socjalne dobrej zmiany, wreszcie zwykła tęsknota za krajem. Platforma dziś obiecuje rozmaite świadczenia mające pomóc osobom starszym czy chorym i ich opiekunom, jednak trudno dopatrywać się tu choćby cienia wiarygodności, zwłaszcza że wszelkie potencjalnie interesujące dla wyborców zapowiedzi znakomicie weryfikuje praktyka rządów koalicji w samorządach. W Warszawie, rządzonej przez tandem Trzaskowski–Rabiej, trudno znaleźć obietnicę wyborczą o charakterze socjalnym, która zostałaby zrealizowana choćby w zbliżonej do kampanijnej retoryki formie. Te grzechy zaniechania czasem mogą nawet cieszyć konserwatywnych krytyków władz stolicy, jak wtedy, gdy nic nie zostaje z zapowiedzi działań na rzecz społeczności LGBT, jednak nie jest to kwestia nagłego zwrotu w prawo, ale po prostu jawne lekceważenie własnych deklaracji, praktykowane w poczuciu całkowitej bezkarności. Warszawscy wyborcy przełkną przecież wszystko. Ponieważ jednak Polska nie kończy się na Warszawie, warto na jej przykładzie pokazywać, ile zostanie w przypadku przejęcia władzy ze wszystkich świadczeń dla aktywnych emerytów czy na czeki opiekuńcze. Pewnym symbolem, który nie wymaga nawet wyborczej weryfikacji, jest hasło darmowego internetu dla młodzieży do 24.  roku życia. Pomijając już kwestie praktyczne, wydaje się ono spóźnione o kilka lat. Pozostaje wreszcie „akt ochrony demokracji”, czyli zapowiadane już wcześniej cofnięcie hurtem wszystkich zmian dokonanych przez PiS, żeby było tak, jak było. Na całą resztę może nie wystarczyć pieniędzy, zwłaszcza że zapewne wśród odkręconych zmian znalazłyby się również działania, którymi ekipy Szydło i Morawieckiego załatały budżet i oparły na nich transfery socjalne.

„Efekt Tuska” i „efekt Kopacz” a „efekt Kidawy-Błońskiej”

Kilka lat temu, kiedy PiS zaczynało zyskiwać w sondażach, Platformę uratować miał „efekt Tuska”, czyli wizerunkowy zysk z awansu premiera i lidera ugrupowania do Brukseli. Jak wiemy, skutki tego wyjazdu były dla PO opłakane, sam zaś Donald Tusk z dawnej popularności i sławy zachował tylko grupę fanatycznych zwolenników oraz potężny elektorat negatywny i chyba nigdy już swoim pojawieniem się w kontekście polityki krajowej nie poprawił kondycji najpierw zostawionego przez siebie rządu, a po wyborach 2015 – opozycji. Co prawda 3 września 2014 r. „Dziennik Gazeta Prawna” ogłosił, że zjawisko to faktycznie zadziałało i Platforma zaczyna odrabiać straty w sondażach, jednak już sześć dni później w „Naszym Dzienniku” Marcin Mastalerek śmiał się, że pierwszym realnym skutkiem działania „efektu Tuska” jest przegrana kandydatów PO w wyborach uzupełniających do Senatu, trochę zapomnianym dziś wydarzeniu, będącym pewnym punktem zwrotnym i zapowiedzią tego, co miało się wydarzyć rok później. Nie było też żadnego „efektu Kopacz”, chociaż eksperci związanego z PO Instytutu Obywatelskiego spodziewali się, że wzrost sympatii społecznej do Platformy po wyjeździe Tuska do Brukseli będzie trwały, a kolejne punkty poparcia dla swojej partii zgromadzi nowa, popularna premier. Zakończenie tego wątku zna każdy. Obecnie część opozycji zdaje się liczyć na „efekt Kidawy-Błońskiej”, zapewne skończy się to jednak kolejnym zawodem.

Program socjalny PiS osłabia lewicę i pogrąża ludowców

Nie można jednak wykluczyć, że zastąpienie wyjątkowo niepopularnego Schetyny mniej zgraną byłą marszałek Sejmu zatrzyma odpływ wyborców Platformy do rosnącej w siłę lewicy. Lewicy, która równocześnie została postawiona w trudnej sytuacji przez Jarosława Kaczyńskiego. Nie tak dawno, podczas swojej konwencji, SLD wraz z nowymi sojusznikami przedstawił program oparty na bardzo mocnych akcentach socjalnych, idących dalej od zapowiedzi PiS, zarazem jednak całkowicie niemożliwych do realizacji w rządzie koalicyjnym, tworzonym z liberałami z Platformy i Nowoczesnej. Kolejne prospołeczne plany ogłoszone podczas lubelskiej konwencji, w tym przede wszystkim podwyższenie płacy minimalnej, spowodowały, że niektórzy liderzy koalicji lewicowej związani z SLD wrócili do retoryki liberalnej, odbierając tym samym wiarygodność obietnicom mogącym czynić lewicę jakimś punktem odniesienia dla tych spośród zwolenników PiS, dla których wątki obyczajowe i tożsamościowe nie są sprawą pierwszoplanową. Równocześnie poprzez bardzo mocne odwołanie się do tych właśnie kwestii, połączone z kolejną, tym razem skierowaną do wsi obietnicą wyrównania rolniczych dopłat do poziomu zachodniego, Jarosław Kaczyński być może pogrążył walczące o przekroczenie progu wyborczego PSL.

Jeśli wierzyć Monice Olejnik, ogłoszenie nazwiska Małgorzaty Kidawy-Błońskiej zelektryzowało prawicę i zabolało „pisowskie trolle”. Wszystko to jednak zostało zamaskowane najwyraźniej potężnym ziewnięciem. Grzesiek, kończ.