Nie tylko dlatego, że awaria oczyszczalni okazała się, wbrew słowom Trzaskowskiego, dużo poważniejsza, niż na początku nas informowano. Na „wysokości zadania” stanęły także media związane z opozycją. Póki się dało – ukrywały, bagatelizowały, czasem wręcz wprowadzały intencjonalnie w błąd swoich odbiorców co do skali wycieku i ewentualnych zagrożeń. I to w kwestii potencjalnie niebezpiecznej dla ludzkiego zdrowia, nawet życia. Warto zapamiętać ten kompletny blamaż tych, którzy pierwsi wycierają sobie usta sloganami o wolności słowa itd. Ale sytuacja ta pokazała też w praktyce konsekwencje, jakie miałby słynny projekt PO – „decentralizacji” państwa. Po pierwsze, okazało się, że samorząd gotów był blokować pomoc państwa, byle tylko pokazać, że poradzi sobie z problemem bez pomocy tego pisowskiego rządu. Dopiero gdy sytuacja naprawdę wymknęła się spod kontroli, Trzaskowski poprosił o pomoc wojsko. Po drugie, chodzi o pewnego typu „polityczny egoizm”. Co głupsi zwolennicy totalnej opozycji wyrażali go wręcz wprost: jaki problem, że jest ta awaria? Przecież ścieki są spuszczane za Młocinami, wyborcy Trzaskowskiego, czyli warszawiacy, mogą czuć się spokojni. Tak jakby za Młocinami kończyła się Polska, a zaczynało jakieś pustkowie pełne dzikich ludów, które niech radzi sobie samo. Skojarzyło mi się to z sytuacją, w której właściciel mieszkania w czteropiętrowym bloku nie przejmuje się faktem, że szambo mu się wylało, bo udało mu się je spuścić (kontrolowanie) na głowę sąsiada z dołu. Więcej, nawet nie pozwoli właścicielowi całego budynku wejść i naprawić kanalizacji. Niezbyt przyjemna sytuacja. Tak więc pozwolę sobie na taką puentę – szambo największym argumentem przeciw decentralizacji.