Bowiem tylko nieudolnie udające warszawiaków słoiki mogą sądzić, że na Pradze nie ma nic ciekawego do oglądania poza Ząbkowską zasiedloną od kilku lat przez pseudoartystów adorowanych przez lemingi. W istocie zaś Praga należy do najciekawszych, a ośmielę się rzec – najpiękniejszych dzielnic Warszawy. Parę sekretów piękna tego miejsca postaram się teraz opisać.

Przede wszystkim – jest to faktycznie jedyna dzielnica naszej znękanej losami stolicy, która zachowała w ogromnym stopniu swój przedwojenny wygląd i charakter. W odróżnieniu od lewobrzeżnej Warszawy została przez Armię Czerwoną „wyzwolona” już w połowie września 1944 r., więc nie doznała tak przeraźliwych zniszczeń z rąk Niemców, jak reszta miasta po powstaniu. Mój tata, wówczas nastolatek, opowiadał mi o czasach owego „wyzwolenia” – sowiecki oficer zakwaterowany w ich mieszkaniu na odchodnym rąbnął im rower i zegarek, a mało przedtem znana uliczka pod patronatem apostołów słowiańszczyzny za cerkwią św. Marii Magdaleny, gdzie w budynkach skonfiskowanych prawosławnej metropolii umieściła się czerwona bezpieka, zyskała wkrótce ponurą sławę, wyrażaną przez warszawiaków w wisielczym dowcipie: „Cyryl jak Cyryl, ale te metody!”.

Twierdza polskiej wódki

Z tym zdobywaniem Pragi wiąże się piękna lokalna legenda, której nie chce mi się weryfikować historycznie, bo taka ładna… Otóż jednym z mocnych punktów oporu Niemców była praska gorzelnia, znana później jako Warszawska Wytwórnia Wódek „Koneser”. Rosjanie szturmowali zaciekle niemal forteczne mury zakładu i musieli go zdobywać aż trzykrotnie, bo po pierwszych dwóch podejściach zdobywcy nie wiedzieć jakim sposobem byli wyrzynani do nogi przez niby już pokonanych Niemców. Dopiero miejscowi uświadomili zdumionych sowieckich dowódców, że po zdobyciu gorzelni krasnoarmiejcy, odkrywszy zapasy spirytusu, momentalnie zalewali się na amen i, nie mogąc ruszyć ręką ani nogą, łatwo padali ofiarą niemieckiego kontrnatarcia.

Dziś w tych szacownych murach mieści się znamienite Muzeum Polskiej Wódki, które naprawdę warto odwiedzić, by zapoznać się z dziejami okowity (z łac. aquavitae, czyli żywa woda) w Polsce. Poznamy tam tradycyjny proces produkcji gorzałki w pięknym otoczeniu klasycznej XIX-wiecznej fabryki warszawskiej, która zachowała się w tak nienaruszonym stanie tylko u nas na Pradze. Na podwórcu gorzelni stoi jakże charakterystyczna niegdyś dla całej stolicy kapliczka z Matką Boską, po wojnie też już raczej relikt prawobrzeżnej części miasta, obecny prawie na każdym grochowskim podwórku.

Dzieciństwo z aromatem czekolady

Nie, nie objadałem się czekoladą w dzieciństwie, bo przypadło ono na okres zaraz po śmierci Stalina i ów specjał nie należał do zbyt rozpowszechnionych w siermiężnym i ubogim życiu za peerelu. A jednak wystarczyło, że nastał upał i wietrzny dzień, a cudny czekoladowy aromat unosił się nad wieloma praskimi podwórkami – to pod skomuszoną nazwą Zakładów im. 22 Lipca dawał znać o sobie Wedel, słynna fabryka czekolady istniejąca od połowy XIX w., która w 1931 r. przeniosła się już na stałe na praski Kamionek, gdzie przy uliczce Zamoyskiego wzniesiono istniejący i działający po dziś dzień kompleks potężnych budynków graniczących z kościołem parafialnym pw. Matki Boskiej Zwycięskiej.

Kościół na Kamionku nie odznacza się może szczególnymi walorami architektonicznymi, ale w bardzo istotny sposób wpisał się w historię naszego miasta, a nawet całego kraju. W obwodzie jego ogrodzenia leży bowiem najstarszy cmentarz na terenie całego Mazowsza, założony w XIII lub XIV w., na którym spoczywają także polegli w bitwie ze Szwedami w 1656 r., ofiary rosyjskiej rzezi Pragi z 1794 r., bohaterowie bitwy pod Olszynką Grochowską w 1831 r., powstańcy warszawscy z 1944 r. Wśród pochowanych tu jest także gen. Jakub Jasiński, przywódca insurekcji kościuszkowskiej na Litwie, poległy w obronie Pragi przed Moskalami. Liceum jego imienia zostało przez polskich komunistów zlikwidowane w 1950 r. jako rozsadnik reakcji. Uczęszczał do niego także mój ojciec, który w kilka lat później właśnie na Kamionku zawarł związek małżeński z moją mamą, a wkrótce potem w tymże kościele byłem ochrzczony, lata później zaś sam poprowadziłem tam do ołtarza moją wybrankę...

Dzisiejsza konkatedra powstała w obecnej postaci w latach 1929–1931 na miejscu drewnianej kaplicy, skąd w sierpniu 1920 r. po mszy polowej wyruszały na odległy zaledwie o kilkanaście kilometrów front pod Radzyminem i Ossowem pośpiesznie formowane oddziały ochotnicze, często złożone nawet z gimnazjalistów. To ich nadludzkiemu wysiłkowi zawdzięczamy zatrzymanie bolszewików już szykujących się do zdobycia polskiej stolicy na tyle długo, by Piłsudski mógł wyprowadzić znad Wieprza zwycięskie uderzenie w bok Armii Czerwonej dające zwycięstwo nazwane Cudem nad Wisłą.

Czerwoni – na czerwono

Dlatego też kościół wzniesiono na chwałę Matki Boskiej Zwycięskiej. Nad ołtarzem umieszczony jest namalowany przez Bronisława Wiśniewskiego w 1935 r. duży tryptyk, którego środkową część stanowi sama Matka Boska z Dzieciątkiem, dzierżąca w prawicy wawrzyn zwycięstwa, lewe (dla patrzącego) skrzydło przedstawia oddających Jej hołd św. Stanisława Kostkę i patrona archidiecezji warszawskiej a od 2002 r. współpatrona Polski – Andrzeja Bobolę, rozmodlonego przed męczeńską śmiercią. W tle widać nadciągających już Kozaków.

Najciekawsze jest drugie skrzydło tryptyku, którego w moim dzieciństwie nie było, bo… zostało aresztowane przez polskich komunistów! Kiedy powróciło na swoje miejsce w wyniku chwilowej gomułkowskiej odwilży, bodaj w 1958 r., na zawsze zyskało mój chłopięcy podówczas zachwyt – artysta wyobraził tu na pierwszym planie dwóch kolejnych adorujących Maryję duchownych. Pierwszy to nuncjusz papieski w Polsce walczącej w 1920 r. z najazdem bolszewickim Achille Ratti, późniejszy papież Pius XI, który w 1937 r. w dwu słynnych encyklikach potępił zarówno ateistyczny komunizm Stalina, jak i bezbożny narodowy socjalizm Hitlera. Drugi z nich to młodziutki, lecz już zasłużony w działalności patriotycznej ks. Ignacy Skorupka. To właśnie stara drewniana świątynia na Kamionku była miejscem, w którym ostatnią Eucharystię 13 sierpnia 1920 r. sprawował ks. Ignacy Skorupka, a na pobliskim cmentarzu spowiadał młodocianych ochotników. A dzień później poległ w decydującej o obronie stolicy bitwie pod Ossowem, której wyobrażenie przedstawia tło tej części tryptyku. Czyż można się dziwić, że drażniła ona komunistów okrutnie, gdy za plecami obu tych wstrętnych reakcjonistów uciśniony peerelowski lud napawać się mógł w cichości ducha widokiem polskich ułanów rąbiących szablami zmykające w popłochu czerwone żołdactwo? Aby nikt nie miał wątpliwości, kto jest kto, artysta przedstawił bolszewików w… czerwonych kubrakach! Cymes!

A przed kościołem po obu stronach Grochowskiej są piękne klasycystyczne rogatki, a trzy przystanki dalej w stronę pl. Szembeka cudowny secesyjny pałacyk Weterynarii, a bazar Różyckiego, a… Ale nic z tego, pan redaktor i tak będzie zły, że przekroczyłem dozwolony limit miejsca. Więc zwiedzajcie Pragę sami. Warto!