Agencja Associated Press zauważa, że przez większość czasu w środę para prezydencka znajdowała się poza zasięgiem towarzyszących jej dziennikarzy.

Najpierw Trump z żoną Melanią udali się do Dayton, gdzie w jednym ze szpitali spotkali się z rannymi oraz podziękowali służbom ratunkowym i lekarzom za pomoc udzieloną ofiarom strzelaniny.

Przed szpitalem zebrała się grupa ok. 200 osób, zarzucających Trumpowi, że swoimi wypowiedziami sam wzniecał w amerykańskim społeczeństwie napięcia na tle politycznym i rasowym.

Wzdłuż kilku ulic w mieście ustawiło się kilkaset osób skandujących "Zrób coś!" pod adresem głowy państwa. Jak pisze AP, od niedzielnej strzelaniny hasło to stało się tam popularnym wezwaniem do władz o wprowadzenie przepisów ograniczających w kraju dostęp do broni palnej.

W Dayton Trump spotkał się również z przedstawicielami lokalnych władz z Partii Demokratycznej. Rzeczniczka Białego Domu Stephanie Grisham scharakteryzowała spotkanie jako "bardzo ciepłe" oraz podkreśliła, że żadna z rannych osób, z którymi prezydent rozmawiał w szpitalu, w rozmowie z nim nie poruszyła tematu kontroli broni palnej.