Tak zwani Zieloni przez siedem, a może nawet 10 dni mają się uczyć sztuki parlamentaryzmu, bo przecież niemal nikt z nich wcześniej nie był posłem, a olbrzymia większość Wierchowną Radę zna tylko z telewizji. Jednak mają także się zintegrować, bo są to ludzie trochę od Sasa do Lasa, ludzie bardzo różnych zawodów, wykształcenia i tak naprawdę różnych zapatrywań połączeni ideą buntu przeciwko establishmentowi.

Od partii prezydenckiej do pełni władzy

Partię Sługa Narodu zarejestrowano w grudniu 2017 r. Do zwycięstwa w wyborach prezydenckich i parlamentarnych szła, szermując hasłem bezpośredniej demokracji – to jedyna rzecz, która upodabnia ją do formacji Kukiz’15. Mocno też podnosiła nierozwiązywalną od dekad na Ukrainie sprawę korupcji. Deklaruje się jako partia pronatowska i proeuropejska, podkreślając jednocześnie swój pragmatyzm w tej kwestii, a nie ideologiczność. Sprytnie ustawiła się jako partia pokoju, w przeciwieństwie do partii wojny ówczesnego prezydenta Petra Poroszenki. Zełenski i jego ludzie obiecywali rodakom szybkie zaprowadzenie pokoju na wschodzie Ukrainy oraz uwolnienie więźniów – jeńców przetrzymywanych w rosyjskich więzieniach. Ugrupowanie przez kilka tygodni było partią prezydencką, dziś stało się partią pełnej władzy.

Równo rok po formalnym powstaniu Sługi Narodu narodził się Blok Opozycyjny – formacja wprost prorosyjska, podkreślająca bliskie kontakty z Kremlem, sugerująca Ukraińcom, że zbliżenie gospodarcze z Federacją Rosyjską – jak kiedyś – szybko spowoduje odbudowanie ukraińskiej ekonomiki. A ta znajduje się w opłakanym stanie, skoro w rankingach gospodarczych Kijów spadł na ostatnie miejsce w Europie, jeśli chodzi o dochód na głowę mieszkańca, wyprzedzając w tej niechlubnej klasyfikacji nawet największe symbole biedy ostatnich 30 lat – Tiranę i Kiszyniów.

Liderem Bloku Opozycyjnego jest były wicepremier w rządzie prezydenta Wiktora Janukowycza Jurij Bojko. Numerem 2 –  a może faktycznym numerem 1 – jest tam Wiktor Medwedczuk, kum Putina: prezydent Rosji jest ojcem chrzestnym jednego z jego dzieci. Slogany o pokoju i normalizacji stosunków z Rosją wystarczyły na zdobycie co ósmego głosu na Ukrainie (12,8 proc.). Kuszenie perspektywą tańszego gazu z Rosji i reindustrializacją okazało się po części skuteczne, jednak nie na tyle, by być czymś więcej niż, zapewne permanentną, opozycją.

Wiatrowycz przegrał wybory

Kijowskie wróbelki ćwierkają o coraz większym wpływie Amerykanów na Ukrainie. Większym niż za Poroszenki, który starając się o bardzo dobre relacje z USA, głównie jednak inwestował w bliskość z Niemcami. To się podobno zmienia. Waszyngton staje się tu coraz ważniejszy. Widomym tego znakiem jest nagłe podanie się do dymisji szefa administracji prezydenta Zełenskiego – człowieka oligarchy Ihora Kołomojskiego, który miał, jak słyszę, zrezygnować z pracy na skutek właśnie amerykańskich naci-sków. Niekoniecznie bezpośrednich: Waszyngton po prostu ma sugerować, że spotkanie prezydenta Donalda Trumpa z głową ukraińskiego państwa będzie możliwe tylko wtedy, gdy z otoczenia prezydenta Zełenskiego znikną ludzie Kołomojskiego. To taki amerykański wkład do dyskusji o roli oligarchów w życiu politycznym Ukrainy. Skądi-nąd sami Ukraińcy w ostatnich wyborach parlamentarnych, ku osłupieniu obserwatorów, kreślących zupełnie inne wyniki wyborów w okręgach jednomandatowych, pogonili miejscowych oligarchów, okupujących fotele w Wierchownej Radzie od czterech czy pięciu kadencji, dając szansę zupełnie nieznanym kandydatom Sługi Narodu często bez większego doświadczenia i „przywożonym w teczce” z Kijowa.

W Polsce nie informowano o tym, że z nowej formacji Petra Poroszenki – Europejska Solidarność – nie dostał się do parlamentu osławiony szef ukraińskiego IPN Woło-dymyr Wiatrowycz. Znany z zaciekle antypolskich wypowiedzi, mający antypolskie obsesje przestał w końcu udawać, że nie jest politykiem – startował więc, ale z mizernym skutkiem. Choć prawdę mówiąc, zabrakło mu niewiele: był 25. na liście, a weszło 23 posłów z partii eksprezydenta...

USA postawiły na Zełenskiego

Skądinąd Europejska Solidarność byłego pierwszego obywatela Ukrainy „mocno grzała” (jak kiedyś Wiktor Juszczenko) hasłami narodowymi. Jej wyborcze zawołanie: „Wojsko – język – wiara” miało taki właśnie charakter. Formacja podkreślała konieczność euroatlantyckich związków Ukrainy i była swoistym prymusem, jeśli chodzi o deklarację wstąpienia do NATO. A mimo to Amerykanie postawili na Zełenskiego. Oficjalnie ugrupowanie Petra Poroszenki podkreślało konieczność „obrony dziedzic-twa” byłego już prezydenta, ale nieoficjalnie wielu obserwatorów nawet życzliwych Poroszence mówiło o tym, że ten polityk – i też przecież jednocześnie oligarcha – walczy także o to, żeby po prostu mieć… immunitet.

Większość ekspertów przewidywała, że Zielonym na skutek porażki w okręgach jednomandatowych zabraknie szabel w celu stworzenia samodzielnego rządu. Dwie par-tie „dreptały”, aby zostać koalicjantem Zełenskiego. Jedną z nich był Hołos (Głos) piosenkarza Światosława Wakarczuka, a drugą mająca pół miliona członków i bardzo zdyscyplinowany, choć jak się okazało limitowany, elektorat Batkiwszczyna (Ojczyzna) byłej premier Julii Tymoszenko.

To ciekawe, że Ukraińcy woleli postawić na partię „dużej zmiany”, jaką jest Sługa Narodu, zamiast na partie startujące w wyborach z hasłami socjalnymi, mówiącymi o konieczności zwiększenia nakładów na służbę zdrowia, jak właśnie Batkiwszczyna czy Blok Opozycyjny.

Wybory za nami, ale obóz nowej władzy prezydenta Zełenskiego dopiero się konsoliduje. Zobaczymy, jaki ostatecznie charakter będzie miała w najbliższym czasie polityka ukraińska. Wydaje się jednak pewne, że kurs euroatlantycki i proeuropejski zostanie utrzymany, a deklarowana chęć zakończenia działań wojennych na wschodzie państwa nie będzie wcale oznaczać orientacji na Rosję.