Mówi się, że 23 czerwca 1988 r. stał się dniem, w którym w ludzkości dokonał się przełom, jeśli chodzi o postrzeganie kwestii klimatu. Początek astronomicznego lata w Waszyngtonie był wyjątkowo upalny, a temperatura dochodziła do 37 stopni. Jak relacjonuje Naomi Klein, tego dnia w Kongresie w sali pełnej spoconych ustawodawców, którzy cierpieli dodatkowo z powodu niedziałającej klimatyzacji, James Hansen powiedział, że z 99-procentową pewnością wierzy w tendencję do ocieplenia związaną z działalnością człowieka.

Naukowiec ten pełnił wtedy funkcję dyrektora Goddard Institute for Space Studies przy NASA, a słowa padły podczas przesłuchania przed komisją. Od tego momentu dyskusja poszła lotem błyskawicy. „Zagrożona Ziemia” trafiła na okładkę tygodnika „Times”. Po raz pierwszy zebrało się ciało mędrców ONZ, Międzyrządowy Zespół ds. Zmian Klimatu (IPCC), które doradza rządom w kwestiach zagrożeń klimatycznych. Od tamtej pory upały, huragany, powodzie służą lewicy do wieszczenia końca ludzkości i Ziemi, jaką znamy. No i ciągle koniec świata jest przekładany.

Czerwcowa dyskusja

Czerwiec od kilku lat to jeden z najcieplejszych miesięcy w Polsce. Nie inaczej jest w tym roku. Smażąc się w biurach, już mało kto pamięta, że pierwsza połowa minionego maja była najzimniejsza od 40 lat, a przez 30 dni nie mieliśmy ani jednego gorącego dnia, który objąłby całą Polskę. W czerwcu jednak pogoda zaczęła odrabiać, co oznacza, że znów zaczęliśmy dyskutować nad problemem zmian klimatycznych. Dodatkowo atmosferę podgrzał premier Mateusz Morawiecki, blokując pomysł Unii Europejskiej, która chce do 2050 r. osiągnąć neutralność klimatyczną. Co ciekawe, pojęcie to jest najprawdopodobniej zaciągnięte wprost od… prof. Jana Szyszki. To właśnie nasz były minister środowiska podczas szczytów klimatycznych walczył o to, aby projektując politykę świata, oprócz strony emisyjnej patrzeć również na pochłanianie CO2 przez lasy i włączyć je tym samym do handlu emisjami. Urzędnicy UE zaczerpnęli hasło, ale faktycznie ukryli za nim jedno zasadnicze zadanie: dekarbonizacja. Ta idea od lat spędza sen z powiek osobom związanym z polskim przemysłem energetycznym i górnictwem, które przyjęły z zachwytem postawę premiera Morawieckiego. – Polska zapłaciłaby co najmniej 870 mld zł za dekarbonizację, którą próbowano przeforsować podczas ostatniego szczytu UE. Skuteczne zablokowanie tych zapędów to wielkie zwycięstwo naszego kraju – mówił Dominik Kolorz, szef śląsko-dąbrowskiej Solidarności. Jego radość może być jednak przedwczesna.

Ogień i lód

Jedyne, co na 100 proc. wiadomo o klimacie, to fakt, że jest on zmienny. Geolodzy podają, że w historii naszej planety bywały zarówno momenty, gdy była ona cała skuta lodem, ale również takie, gdy lodowców nie było w ogóle. Pewna fluktuacja jest widoczna, gdy spojrzymy na historię ostatnich kilku tysięcy lat. W historii Europy już po Chrystusie mieliśmy okres, gdy średnie temperatury były wysokie (np. X–XIV w.) i takie, gdy temperatury były ekstremalnie niskie, np. wiek XVII). Zdarzały się również duże anomalie. Niektórzy klimatolodzy twierdzą, że to właśnie ochłodzenie związane z erupcją wulkanu Laki przyczyniło się do tego, że... wybuchła rewolucja francuska. Ogromna ilość pyłu doprowadziła do tego, że klimat w Europie, ale również w Ameryce Północnej, oziębił się i ludzie cierpieli z powodu nieurodzaju, a w konsekwencji głodu.

Na klimat wpływa również aktywność słońca, wiatr kosmiczny, kąt i nachylenie Ziemi, aktywność wulkaniczna i absorpcja dwutlenku węgla przez oceany. Wielu z tych czynników nadal nie rozumiemy. Mimo to 97 proc. klimatologów jest przekonanych, że nasza planeta ociepla się w niespotykanym dotąd tempie i dzieje się to na skutek działań człowieka. Wszystko przez efekt cieplarniany.

Efekt cieplarniany

Koncepcja ta powstała już w XIX w. Zakłada ona, że wokół Ziemi z powodu gazów cieplarnianych tworzy się coś w rodzaju pokrywki. To ona utrudnia oddawanie przez naszą planetę energii cieplnej. Nagrzewana przez Słońce Ziemia staje się więc coraz bardziej gorąca.
Dziś naukowcy wyróżniają cztery zasadnicze gazy cieplarniane – parę wodną, dwutlenek węgla, metan i ozon. Teoretycznie każdy z nich jest odpowiedzialny za globalne ocieplenie, ale ludzkość i decydenci skupili się na walce tylko z jednym z nich – dwutlenkiem węgla. Od 30 lat nie mamy w tej dziedzinie żadnych spektakularnych osiągnięć, a ludzie zwiększyli jego emisję o blisko 60 proc. To beznadziejny wynik, biorąc pod uwagę, że już w 1988 r. mówiono, iż jest za późno na jakiekolwiek zmiany, a w 2004 r. noblista Al Gore przekonywał, że ludzkość ma ostatnie 10 lat, żeby cokolwiek zrobić. Do tego należy dodać, że wiele dziedzin emisji nie jest w ogóle rejestrowanych, bo trudno je gdzieś przypisać. Tak jest chociażby z transportem wodnym, który przez lata znacznie się rozwinął, a który jest niedostrzegany przez system i w zasadzie nie wiadomo, kto miałby ograniczać w nim emisję (według prognoz nadal ma się on rozwijać). Dlaczego świat nie walczy z emisją metanu, który ponoć jest 21 razy gorszy niż CO2? Trudno na razie na to odpowiedzieć. Widocznie jednak nadal mamy czas. Absurdem jest, że dzisiaj w Europie metan uchodzi za stosunkowo ekologiczny, a Polsce proponuje się budowę energetyki opartej na błękitnym paliwie. Widocznie o to w tej zabawie chodzi. Gonimy króliczka.

Innym argumentem wskazującym, że katastrofa nam nie grozi, jest to, że technologia OZE nie jest transferowana w dużej liczbie do krajów rozwijających się. Jeżeli odnawialne źródła energii są technologiczną przyszłością, to dlaczego w miejscach, które mają industrializację przed sobą, nie wyprzedza się historii, tylko pozwala się na konwencjonalne źródła energii? Ma to taki sam sens jak ciągnięcie tradycyjnych linii telefonicznych zamiast stawiania masztów komórkowych z siecią 5G.

Rusin się boi

Inną przesłanką dowodzącą, że katastrofa nam nie grozi, jest fakt, że ucinane są dyskusje na temat geoinżynierii. Zwolennicy tego rozwiązania mówią, że skoro możemy ziemię ocieplić i wiemy, jak to zrobić, to równie dobrze możemy ją schłodzić. Pojawiają się koncepcje np. wybielania chmur solą morską, aby lepiej odbijały promienie słoneczne czy wdrożenia wielkich zmian w gatunkach roślinności: sadzenia roślin pochłaniających CO2 i wprowadzenia areozoli do stratosfery. To tylko niektóre pomysły. Większość klimatologów jest jednak wobec nich sceptyczna, bo… nie jesteśmy w stanie przewidzieć konsekwencji takich działań. Bardziej opłaca się więc grać na emocjach i inwestować w propagandę. Po tym, gdy sięgnięto już po celebrytów pokroju Ala Gore’a, Arnolda Schwarzeneggera i Leonarda Di Caprio, tym razem moda jest na młodzieńczy bunt. Na jego czele stanęła Szwedka Greta Thunberg, która stała się twarzą młodzieżowych protestów klimatycznych. Nastolatka, która odmówiła pójścia do szkoły, by wymusić na politykach działania, wspierana przez organizacje polityczne, pociągnęła za sobą młodzież. W Polsce protesty były raczej rachityczne, ale również u nas postanowiono wyprodukować polską wersję Grety. Dziewczynka Inga Zasowska jest kopią Szwedki. Nawet czcionka jej transparentu jest wzorowana na skandynawskim designie. Oczywiście moment wyczuli również celebryci. Kinga Rusin rozebrała się na okładce „Vivy”, by zwrócić uwagę na problem. Trudno jednak nie zauważyć, że za ekologiczną fasadą kryje się chęć sprzedaży wegańskich i ekologicznych kosmetyków. Idea pakowanych w plastiki kosmetyków jest zabawna, biorąc pod uwagę, że to klasyka konsumpcjonizmu i kreowania potrzeb dla snobów (krem po goleniu kosztuje u celebrytki 45 zł). Sama Rusin jest z siebie zadowolona. „Często jeżdżę rowerem. Mam samochód hybrydowy. Przynajmniej po mieście poruszam się bezemisyjnie, chociaż nie mogę zapominać, że prąd w Polsce jest z węgla… Staram się jeździć jak najmniej, tym bardziej że mieszkam w centrum i uwielbiam spacerować. Segreguję śmieci, wyłączam zbędne światło (mam w zasadzie oświetlenie wyłącznie ledowe), wyciągam z kontaktu ładowarki, których nie używam. Kiedy wyjeżdżam, nie zostawiam urządzeń na »stand by«, biorę szybki prysznic zamiast kąpieli, staram się chodzić po schodach zamiast jeździć windą, piję wodę z kranu, mam własne lniane siatki na zakupy i metalową butelkę na napoje” – mówi. Można powiedzieć, że każde z tych działań gwiazda może sobie odpuścić – co rusz pozuje bowiem w różnych miejscach świata, do których z pewnością lata samolotem – najbardziej brudnym z dostępnych środków transportu. Konsekwencja nigdy jednak nie była mocną stroną aktywistów…


Tekst ukazał się w tygodniku „Gazeta Polska” Numer 27 (1351)/2019