Chociaż liczne analizy pokazują, że Niemcy są głównym beneficjentem strefy euro, to jednak obszar wspólnej waluty jest dla nich także powodem do zmartwień. Potęga ich eksportu wynika głównie z tego, że mogą sprzedawać towary taniej, niż gdyby posługiwali się marką. Mają zatem łatwy dostęp do unijnego rynku, gdzie bez problemu lokują swoje produkty. Z marką byłoby dużo trudniej. To zaś jest źródłem potężnej przewagi niemieckiej gospodarki. O ile jedni na euro tracą, gdyż ciągnie ono ich handel zagraniczny w dół, o tyle Niemcy z euro czują się jak ryba w wodzie. Jest jednak jedno ale…

Nasi zachodni sąsiedzi zaczynają powoli padać ofiarą własnego sukcesu. Potężna nadwyżka handlowa tego kraju to ponad 260 mld euro – tyle wyniosła w ubiegłym roku (równowartość prawie 300 mld dolarów). Ta gigantyczna kwota budzi niezadowolenia u innych państw strefy euro, które z konkurencyjnością własnego eksportu mają bardzo poważne problemy. O wynikach zbliżonych do niemieckich pomarzyć mogą co najwyżej Francuzi czy Hiszpanie. Stąd naciski na Berlin, aby wykazał większą solidarność z parterami z unii walutowej, np. zwiększając import z krajów posługujących się euro. Mogłoby to zmniejszyć permanentne nierównowagi w handlu międzynarodowym, szkodzące przede wszystkim krajom z deficytem w wymianie handlowej. Na to się jednak nie zanosi. W samym tylko kwietniu nadwyżka eksportowa Niemiec wyniosła 17 mld euro. Stąd inne pomysły, aby zmusić europejskiego hegemona do większej szczodrości. 

Jest wśród nich idea, aby powołać wspólny budżet obszaru wspólnej waluty. W Polsce to rozwiązanie jest przedstawiane jako powód do integracji z eurostrefą. Kraje Południa Europy widzą zaś w nim narzędzie transferu środków z bogatych Niemiec do tych, którzy mają poważne problemy finansowe i nie mogą prowadzić ekspansywnej polityki fiskalnej. Innymi słowy Niemcy, by do tego budżetu znacznie więcej wpłacały, niż z niego wypłacały. Takie podejście znajduje uzasadnienie właśnie w wielkim sukcesie gospodarczym Berlina, który realizuje się w dużej mierze kosztem pozostałych członków eurolandu. Pora zatem spłacać długi, zdają się mówić niektóre kraje strefy.

Tymczasem Niemcy nie chcą nawet o tym słyszeć. I nawet jeśli powstanie taki budżet, będzie on bardzo odległy od tego, o czym myśleli jego pomysłodawcy, szczególnie z Paryża. Politycy niemieccy zalecają zaś działania zmierzające do ograniczenia wydatków i redukcji długu, ostatnio ochoczo poparli działania Komisji Europejskiej zmierzające do objęcia Włoch procedurą nadmiernego deficytu. Rozzłoszczeni taką postawą Grecy już postanowili wystąpić o reparacje za I i II wojnę światową, wyceniając swoje roszczenia wobec Niemiec na kwotę dochodzącą do 300 mld euro. Stosowna nota została już przekazana niemieckiemu MSZ. 

Niemieckie media i opinia publiczna z dużym niezadowoleniem przyjęły wybór Donalda Trumpa na lokatora Białego Domu. Teraz ich obawy zaczynają się potwierdzać. 45 prezydent USA działa zgodnie z zasadami, które zapowiadał w kampanii wyborczej, chce zatem chronić amerykański rynek wewnętrzny zalewany importowanymi towarami z takich krajów jak Chiny. Zwrócił jednak także uwagę na Niemcy. A to dla Berlina może mieć bardzo poważne konsekwencje, zważywszy że około 1/5 niemieckiej nadwyżki handlowej to właśnie sprzedaż towarów do USA. Bardzo duży udział mają w tym niemieckie samochody. Chluba gospodarki naszych zachodnich sąsiadów, jaką jest przemysł motoryzacyjny, jest bardzo silnie uzależniona od eksportu do Stanów Zjednoczonych. Dla Niemiec ewentualne karne cła i inne obciążenia związane z handlem z Amerykanami byłyby potężnym ciosem. Tymczasem Donald Trump wykazuje się żelazną konsekwencją, jeśli chodzi o wojnę handlową z Chinami. Jeśli weźmie na celownik Niemcy, bardzo prawdopodobne, że tutaj także będzie działał z pełnym zdecydowaniem. Dotychczas niezłą strategią wydawało się przeczekanie, aż Trump zakończy swoje rządy. Wydaje się jednak coraz bardziej prawdopodobne, że pozostanie w Białym Domu na kolejne 4 lata. Amerykańska gospodarka pędzi jak szalona, a bezrobocie jest rekordowo niskie. To wszystko efekt działań obecnego prezydenta, w tym na arenie międzynarodowej, gdzie stanowczo upomina się o amerykański interes. 

W tych okolicznościach Niemcy stają pod coraz większą presją, z którą wyraźnie źle radzi sobie ich gospodarka. Widać to po odczytach, które z niej docierają. PMI w niemieckim przemyśle od miesięcy jest poniżej granicy 50 pkt. dzielącej dobrą koniunkturę od tej słabszej. Obecnie wskaźnik ten wynosi 44,3 pkt. Spada także produkcja przemysłowa, w kwietniu o 1,5 proc. m/m. Podobnie sytuacja wygląda jeśli chodzi o wzrost niemieckiego PKB. Prognozowana dynamika na ten rok to tylko 0,5 proc. 

Co to oznacza dla Polski? Na tym tle wyglądamy jak prymus. Nasz wzrost w zeszłym roku wyniósł ponad 5 proc. Obecnie wiele międzynarodowych instytucji także w tym roku przewiduje dużą dodatnią dynamikę polskiego PKB, wyraźnie powyżej 4 proc.  Okazuje się, że wydarzenia w Niemczech coraz mniej oddziałują na bieżącą sytuację w polskiej gospodarce. Doszło nawet do tego, że w kraju naszych zachodnich sąsiadów pojawiły się narzekania, że brakuje polskiej taniej siły roboczej np. do zbierania szparagów.

Spowolnienie w strefie euro nie wywołało u nas negatywnego szoku, chociaż przecież to tam trafia większość naszej produkcji sprzedawanej za granicę. Oczywiście dla  nas głównym partnerem handlowym są Niemcy, stąd tym bardziej zaskakuje tak dobra kondycja Polski, w obliczu ich spowolnienia. Wiele wskazuje na to, że skutecznym amortyzatorem były rządowe programy społeczne. Wzrost optymizmu spowodował, że Polacy chętniej wydawali posiadane środki. To zaś pozytywnie wpłynęło na popyt, główny motor naszego wzrostu. Pozytywnie jest także to, że za konsumpcją podążać zaczęły także inwestycje przedsiębiorstw. Wzrostem w I kwartale o niemal 22 proc. r/r, zaskoczyły znaczną część ekspertów i analityków. Nie oznacza to oczywiście zupełnego spokoju. W dalszym ciągu stan naszej gospodarki mniej lub bardziej zależy od tego co dzieje się zarówno w Niemczech jak i w strefie euro. Stąd konieczność dywersyfikacji naszego eksportu oraz poszukiwanie dodatkowych rynków zbytu, także poza Unią Europejską. Można bowiem oczekiwać, że UE, a tym bardziej strefa euro, jeszcze długo nie upora się ze swoimi problemami. Także Niemcy czeka trudny czas, zwłaszcza w związku z kontynuacją rządów Donalda Trumpa. Gorszy okres u Niemców powinien być dla Polski motywacją do rozwoju i ekspansji na innych rynkach zagranicznych.

Dobrze, aby był to jeden z celów polityki gospodarczej na najbliższe lata. 

Autor jest ekspertem Rady Gospodarczej Strefy Wolnego Słowa