Zembaczyński powiedział, że połączenie klubów nastąpiło "w stanie wyższej konieczności".

Nie mam żadnych wątpliwości, że powinniśmy iść tą drogą, to jest łączenie potencjałów, a nie ich dzielenie

- podkreślił. Nie wspomniał jednak o sondażach, dających Nowoczesnej bardzo małe poparcie, co rzeczywiście sprawia, że dla tego środowiska jest to praktycznie jedyna opcja, by pozostać w parlamencie po jesiennych wyborach.

Jego zdaniem, między PO a Nowoczesną "nie ma zbyt wielu różnic, które by czyniły połączenie niemożliwym, a te które są, są do pokonania". Jako punkt wspólny podał... możliwość konkurowania z PiS.

Dzisiaj nie ma co się dąsać, trzeba powiedzieć wprost - ta droga, którą obraliśmy daje możliwości konkurowania z PiS na równych zasadach. To jest ruch nad wyraz uzasadniony

- oświadczył.

Nie może dojść do takiej sytuacji, w której środowisko noszące na swoich sztandarach wartości liberalne, będzie poza Sejmem, albo będzie w sposób mniej rozsądny ubiegać się o swoją reprezentację

- powiedział Zembaczyński, pytany, czy niektórzy wyborcy nie odwrócą się od Nowoczesnej, jeśli połączy się z PO.

W kontekście liczenia głosów metodą d'Hondta wydaje się, że innej drogi nie ma"

- podkreślił poseł Nowoczesnej.

Pytany czy integracja z PO nie jest formą ucieczki od długów partii, poseł Nowoczesnej zwrócił uwagę, że skarb państwa zaoszczędził na Nowoczesnej 20 mln zł, nie wypłacając tej partii subwencji. Nie wspomniał jednak o tym, kto jest winien takiej sytuacji. Skarbnikiem partii był wówczas Michał Pihowicz, mąż posłanki Kamili Gasiuk-Pihowicz.

Wszystkie długi Nowoczesna odziedziczyła po poprzednim zarządzie, zostały one zaciągnięte jeszcze przez Ryszarda Petru

- powiedział Zembaczyński.

Zrobiliśmy wszystko - jako nowy zarząd - aby tę spuściznę po Petru uratować. Utrzymaliśmy środowisko i naszym obowiązkiem jest w dalszym ciągu reprezentować w polityce myśl liberalną. Stąd takie decyzje"

- zakończył.

Tymczasem sam Ryszard Petru przyznał kiedyś o długach z rozbrajającą szczerością - "jak chcą, to niech spłacają".