W „Delfinie”, którego współautorem jest były rzecznik Mateusza Morawieckiego z czasów jego prezesury w BZ WBK, zarzucono obecnemu premierowi wszystko, co najgorsze: m.in. wielomilionowy kredyt na żonę „po znajomości”, „nieludzkie” zarobki, chciwość, udzielanie przez BZ WBK kredytów frankowych, menedżerskie „zachcianki” i podejrzane kontakty z politykami PO. Przypomniano też po raz kolejny, że dzieci premiera są z adopcji – co autorzy mogli sobie darować. Lista oskarżeń jest długa, a ich treść mocna, bo nie dalej jak wczoraj Gajdziński zaczął się uskarżać w mediach, że dostaje groźby od oburzonych publikacją czytelników. Zdziwiony?

Tropem „Delfina”, jak by tylko na to czekała, poszła „Gazeta Wyborcza”, która dopatrzyła się zakupu działek od Kościoła przez Morawieckiego i późniejsze przepisanie części majątku premiera na żonę. „GW” zrobiła z tego taki skandal, jakby premier był co najmniej szefem niegdysiejszego „Pruszkowa” czy „Wołomina”, a nie szefem rządu i bankowcem, który miał prawo i możliwości dorobić się pokaźnego majątku.

Takie książkowe „hity” – zdaniem ekspertów od wizerunku politycznego – stają się nowym orężem w atakowaniu i zniesławianiu „wrogów”. Twórcy pomysłu zręcznie wykorzystali fakt, że przeciętny czytelnik nie dowierza już „newsom” z internetu, a do książki wydanej drukiem ma jeszcze pewną dozę zaufania. Ta, połączona z odpowiednią „promocją” publikacji jeszcze przed jej wydaniem – i po – ma wielką siłę rażenia.

O ile jeszcze książka Gajdzińskich przynajmniej sprawia wrażenie napisanej w miarę składnie, o tyle na rynku już od jakiegoś czasu pojawiają się też pozycje, które z racji swej treści i formy wołają o pomstę do nieba.

Jesienią ub. roku ofiarą „książkowego ataku” padł Antoni Macierewicz – za sprawą publikacji „Macierewicz. Jak to się stało” i wcześniejszej „Macierewicz i jego tajemnice”, autorstwa Tomasza Piątka, postrzeganego przez krytyków jako „mało wiarygodnego fantastę”. Nic dziwnego, skoro byłemu ministrowi obrony narodowej Piątek zarzucił… pozostawanie pod opieką SB, czego dowodem miało być rzekomo ulgowe traktowanie przez komunistyczne organa ścigania. Choć pewnie mało kto uwierzył w te rewelacje, książki rozeszły się w setkach tysięcy egzemplarzy.

„Szczytem kreatywności” Piątka okazała się jednak ostatnia książka – co znamienne – o Mateuszu Morawieckim, wydana kilka tygodni temu. To „dzieło” jest tak misternie „uplecione”, że wciąż dostarcza internautom powodów do kpin. Szczególne pole do analizy stanowią załączone do książki diagramy z rzekomymi powiązaniami Morawieckiego i jego ojca Kornela, prowadzące – wedle autora – do GRU, jednej z największych w Rosji mafii sołncewskiej, a nawet do samego Kremla.

Czytelnicy, a wśród nich politycy, nie próbowali nawet walczyć z tymi argumentami – bo ja walczyć z fantazjami – niemniej dali wyraz swemu stosunkowo do tego rodzaju „literatury” m.in. w social mediach. Chyba jednym z celniejszych komentarzy zabłysnął Jarosław Gowin, który napisał: „Ktoś przesłał mi grafikę autorstwa p. Piątka. Myślałem, że to żart. Ale podobno naprawdę coś takiego w tej książce jest... Red. Piątkowi podsuwam pomysł na następną książkę: w 1940 ulicą, przy której mieszkam w Krakowie, przejechał Hans Frank. Przypadek?”.

Nie mniej kontrowersji budzi Leszek Szymowski, dziennikarz „Angory”, który choć spotyka się z regularną krytyką ze strony ekspertów i czytelników, nie ustaje w swej „misji”. Szymowski próbował rozwikłać okoliczności katastrofy smoleńskiej w dwóch publikacjach („Zamach w Smoleńsku”, 2011; „Operacja Smoleńsk, 2013)

To właśnie w książce Szymowskiego o Smoleńsku znalazły się – delikatnie mówiąc – fantastyczne tezy, że potraktowany bombą termobaryczną (próżniową) Tu-154 z prezydentem Lechem Kaczyńskim na pokładzie zdołał wylądować w lesie przed lotniskiem, dopiero potem został wysadzony w powietrze, a nieliczni pasażerowie, którzy przeżyli eksplozję, zostali dobici strzałami z pistoletów przez „osoby w czerwonych kamizelkach”.

Za takie i podobne treści, które wywołują poruszenie związane z naruszeniem etyki dziennikarskiej, SDP przyznaje Antynagrody „Hiena Roku”. To jest „nagroda”, która reaguje na często patologiczne treści, nieetyczne i nierzetelne zachowania dziennikarzy. Niektóre z książek tych autorów, o których mowa powyżej, była rozważane pod kątem „nominacji” do naszej „antynagrody”.
- mówi Mariusz Pilis, członek Zarządu Głównego Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich.

Generalnie muszę przyznać z przykrością, że obserwuję postępujący upadek warsztatu dziennikarskiego i etyki zawodowej. To z kolei przekłada się na różnego rodzaju publikacje, które budzą wręcz procesowe wątpliwości.
- podkreśla Pilis.