Przyznam się, że film „Tylko nie mów nikomu” wgniótł mnie w fotel. Spodziewałem się mocnych akcentów, ale uczciwie dodam: zmieszanych z antykościelnymi wstawkami, oskarżeniami bez stuprocentowych dowodów, wreszcie obrazu niezwykle upolitycznionego i przesączonego publicystycznymi tezami.

Na wstępie muszę pogratulować Tomaszowi i Markowi Sekielskim, że mówiąc o pedofilii, skupili się na konkretnych przykładach i oddali głos ofiarom skrzywdzonym przez duchownych, wskazanych wprost na ekranie. Po latach ci, którzy noszą w sobie niewyobrażalne cierpienie, mogli stanąć twarzą w twarz ze swymi oprawcami. Czy gdyby nie autorzy dokumentu, doszłoby do przełamania w ich życiu? Wątpię. Zwykły człowiek, bez kontaktów i znajomości, nie znalazłby po 40 latach kapłana, który zaszył się gdzieś w domu spokojnej starości. Pomijając, że wciąż pokutuje w sporej części społeczeństwa pogląd, że ksiądz to symbol świętości, zatem nie mógł aż tak zgrzeszyć i wykorzystać bezbronnej istoty – dziecka.

Przypadki prawdziwe

Czy film „Tylko nie mów nikomu” kogokolwiek skrzywdził? Nie – każdy przypadek ma potwierdzenie w faktach, żadnego nie zanegowała hierarchia kościelna. O niektórych już wiedzieliśmy – powszechna była wiedza o skazaniu ks. Dariusza Olejniczaka na ponad dwa lata więzienia i tym, że sąd zakazał mu kontaktów z dziećmi, ale autorzy przyłapali go na prowadzeniu rekolekcji dla dzieci. Trzeba uczciwie przyznać: gdyby nie reportaż, kapłan nadal łamałby wyrok sądu i mógłby skrzywdzić kolejne ofiary.

To, że ks. Franciszek Cybula był w latach 1969–1990 tajnym współpracownikiem SB Wydziału IV w Gdańsku o pseudonimie Franek, wiadomo było od lat. Już na początku lat 90. książka o wymownym tytule „Konfidenci” jednoznaczne sugerowała, że zapiski ewidencyjne na temat TW odnoszą się do kapelana Lecha Wałęsy. Mimo wszystko duchowny był najbliższym współpracownikiem prezydenta. Nikt jednak nie podejrzewał, że Cybula był pedofilem. To jedna z najbardziej wstrząsających scen w filmie – wcielone zło, tuż przed odejściem na tamten świat, przyznaje się do zbrodni na mężczyźnie, któremu patrzy w twarz. Wyśmiewa go, że był przecież męski jako dziecko. A może potrzebuje pieniędzy? Podobnie jest w ostatnim opisanym w filmie przypadku – Eugeniusza M. Kustosz licheńskiej bazyliki uciekł i z Lichenia i przed wspomnieniami o swoich grzechach sprzed 40 lat. Ofiara wpływowego kapłana napisała do autorów „Tylko nie mów nikomu” list. Opisała w szczegółach, jak była gwałcona, jak cierpiała i znikąd nie uzyskała pomocy, a Kościół milczał. I to, co chwyta za serce, być może wbrew intencjom Sekielskich: molestowany chłopak wybrał drogę kapłańską, a przecież miał prawo wykląć wspólnotę i wymazać ją ze swojego życia. 15 mln osób na własne oczy ujrzało konkretne przykłady grzechów Kościoła: nie tylko czyny pedofilskie, lecz także zmowę milczenia niektórych wysokich hierarchów, przenoszenie gwałcicieli z parafii na parafię i rozpacz osób, których życie już od najmłodszych lat zostało napiętnowane. Teraz od przewodników polskich duszpasterzy zależy, jaki będzie efekt filmu i lawiny zwierzeń, jaka nas niechybnie czeka – oczyszczający czy wstrząsający.

Ten drugi może prowadzić do kryzysu wiary w instytucję kościelną, a przykład Irlandii – choć dziś jeszcze nieprawdopodobny – powinien być dla wszystkich zainteresowanych ostrzeżeniem. Afera pedofilska, oczywiście na większą skalę, doprowadziła najpierw do odpływu wiernych i pustych ław w kościołach. Dopiero później irlandzki episkopat złożył masowe rezygnacje, a śledczy mieli pełne ręce roboty.

Braki, niedopowiedzenia, przekaz podprogowy

Film „Tylko nie mów nikomu” nie jest pozbawiony wad. Największą z nich jest wątek z pomnikiem ks. prałata Henryka Jankowskiego. W pewnym momencie Sekielski uwiecznia obalenie pomnika kapelana Solidarności w Gdańsku. Jest oczywiste, że będzie ciąg dalszy historii: pojawią się ofiary molestowania ze strony słynnego duchownego, nowe dowody, relacje, dokładnie to, co widzieliśmy wcześniej i później w dokumencie. Jednak nic takiego się nie dzieje – pokazany jest Lech Wałęsa, który bronił ks. Jankowskiego po serii reportaży „Gazety Wyborczej”, a następnie Sekielscy koncentrują już uwagę na ks. Cybuli. To oczywista wyrwa w reportażu. Brakuje choćby kilku zdań informacji o tym, że większość opisywanych przypadków dotyczy księży, będących w przeszłości kapusiami SB. Jedna uwaga: wbrew temu, co twierdzą krytycy Sekielskiego, współpraca z bezpieką nie była przyczyną pedofilii wśród uległych kapłanów, a najczęściej jej efektem. To nie było tak, że oficer prowadzący klepał po plecach agenta w strukturach Kościoła i nakłaniał do molestowania dzieci. Było dokładnie odwrotnie – esbek, wiedząc, że ksiądz ma skłonności pedofilskie lub ciągoty do kobiet, niemal wymuszał na grzeszniku współpracę. Dlatego to, że Sekielscy nie podają tych informacji, jest świadectwem zaniedbania, a nie celowego chronienia agentów w sutannach. W dodatku księży zarejestrowanych jako TW w latach 80. było ok. 10 proc. To dużo i mało, zależy z jakiej perspektywy analizuje się statystykę. Czy oznacza to, że aż tylu było pedofilów w stanie duchownym? Oczywiście, nie.

I jeszcze jedna uwaga krytyczna odnośnie do „Tylko nie mów nikomu”. Na końcu pojawia się podprogowy atak bohaterów filmu na Jana Pawła II z sugestią, że chronił pedofilów i może nie jest taki święty, za jakiego go uważamy. Niepotrzebnie też w glorii autorytetu swoje poglądy głosi prof. Stanisław Obirek – były jezuita, który jeszcze jako zakonnik prowadził krucjatę przeciwko papieżowi. Po opuszczeniu zakonu stał się naczelnym krytykiem Kościoła, nie zważając na własną postawę. Tezy, które wypowiada Obirek, nie brzmią aż tak mocno, jakby zapewne tego chciał sam profesor. Można było ten film zrobić lepiej, co nie ulega wątpliwości, ale też dobrze, że w ogóle powstał. I oby zmusił do refleksji. Antyklerykałowie go nie potrzebowali, bo i tak wszystko i o wszystkich wiedzą. Wstrząs jest potrzebny przede wszystkim episkopatowi do wdrożenia realnych działań i zasad, a także nam, wiernym, by nie dezawuować cierpienia i nie patrzeć na innych z góry.

Krytycy filmu

Na koniec wystąpię w roli adwokata diabła. Nie pałam zbytnią sympatią do Tomasza Sekielskiego, nie sądzę, by kręcił dokument z myślą o tym, by Kościół uporał się z ogromnym problemem pedofilii. Muszę jednak zauważyć, że argumenty jego krytyków są niedorzeczne. Pierwszy z brzegu: dlaczego poruszone są przestępstwa księży, przecież pedofilia dotyczy również innych grup zawodowych: murarzy, rolników, nauczycieli czy lekarzy? Tak, ale film jest o pedofilii w Kościele. Budowlaniec, jeśli skrzywdzi dziecko, nie jest przenoszony z budowy na budowę, a trudno sobie wyobrazić, by kierownik budowy, po ujawnieniu przestępstwa, wysyłał do sądu poświadczenia w obronie pracownika. Po drugie – nikt nikomu nie broni poszerzyć tematykę i zrobić inny dokument, np. o wykorzystywaniu seksualnym dzieci i kobiet w środowisku artystycznym, wśród celebrytów lub dziennikarzy. Problem w tym, że mało komu się chce. Wielu przywiązanych do religii katolickiej zarzuca Sekielskiemu, że termin emisji „Tylko nie mów nikomu” jest nieprzypadkowy – wcześniej jakaś feministka zhańbiła obraz Matki Boskiej, powstał „Kler”, hasa Biedroń. Tyle że Sekielski zapowiadał po-wstanie dokumentu już rok temu, a premiera przeciągnęła się i tak o kilka tygodni. Na logikę – to wspomniane sytuacje mogły być wykorzystane w kontekście premiery reportażu, a nie na odwrót. I wreszcie słyszymy, iż dokument Sekielskiego jest upolityczniony. We wstrząsającym obrazie możemy dostrzec postać tylko jednego polityka, bombardowanego własnymi cytatami – to Lech Wałęsa. Jeśli zatem autorzy chcieli w kogoś uderzyć, to nie w konkretne partie polityczne, ale byłego prezydenta.

Skutki

To, jaki efekt wywoła film o pedofilii wśród duchownych, zależy od naszych duszpasterzy. Nadzieję w serca katolików wlał prymas abp Wojciech Polak, który zapowie-dział zmiany i nie zbagatelizował dramatu ofiar księży sprzed lat. Radykalne reformy w kontekście prawa karnego zapowiadają zarówno rządzący, jak i opozycja. Gdyby ten film nie powstał – nawet z błędami, niedopowiedzeniami i pozbawiony ważnej konkluzji o innych grzechach duchownych z czasów PRL – temat nie wstrząsnąłby opinią publiczną. To nie to samo, co „Kler”, to już nie zabawa fabułą i wrzucanie wszystkich do jednego worka. To realne, dramatyczne przeżycia i pedofile, którzy pozostali bez-karni. Polski Kościół nie może popełnić tragicznych błędów sprzed dekady, gdy zamknął stosunkowo niewielką, ale jednak ciemną stronę historii z czasów komunistycznych bez jakiegokolwiek rozliczenia. Teraz takie zaniechanie w zwalczaniu pedofilii nie może się powtórzyć.