Według raportu przygotowanego przez amerykańską firmę SafeGuard Cyber, zajmującą się cyberbezpieczeństwem, aż 241 mln Europejczyków jest wystawionych na działanie rosyjskiej propagandy w internecie. Czy zaprezentowano w nim kwestie związane z Polską?

Polska również cieszy się „opieką” rosyjskich dezinformatorów. Oskarża się nas przede wszystkim o agresywne zachowanie wobec Moskwy, żądania terytorialne i marzenia o wchłonięciu przez Polskę – oczywiście z pomocą NATO – Białorusi i co najmniej części Ukrainy. Przykładowo, 20 lutego br. w programie radia Sputnik w języku białoruskim podano, że gdyby Rosjanie nie zajęli Krymu, to Amerykanie umieściliby na półwyspie swoje wyrzutnie rakietowe i pod ich osłoną Polacy zajęliby zbrojnie Białoruś. Stałym elementem jest straszenie nowymi rodzajami uzbrojenia, a przede wszystkim pociskami balistycznymi, których żaden patriot nie zniszczy. Ostat-nio modnym tematem jest rozbudzanie wszelkimi kanałami obaw przed bankructwem Polski i Polaków wskutek amerykańskiej ustawy 447.

W raporcie wskazano, że do osiągnięcia swoich celów dezinformacyjnych Rosjanie aktywnie wykorzystują media społecznościowe. Kiedy Moskwa uznała, że może to być skuteczna broń w pogłębianiu różnic w społeczeństwie i wpływaniu na wynik wyborczy?

Jeszcze w sowieckich czasach generał Oleg Kaługin, szef kontrwywiadu w Pierwszym Zarządzie Głównym KGB, powtarzał, że sianie zamętu i niezgody w obozie przeciwnika to „serce i dusza” rosyjskich służb wywiadu zagranicznego. W 1998 roku w toczącej się w rosyjskiej literaturze wojskowej dyskusji na temat kształtu przyszłych wojen, zwracano uwagę, że „konfrontacja informacyjna winna być prowadzona stale, również w czasie pokoju”. (…) W pierwszej dekadzie XXI w. uznano, że dywersja informacyjna jest wygodniejsza niż informatyczna, bowiem nie wymaga przełamywania firewalli i ryzykownego hakowania infrastruktury sieciowej. Wystarczy umiejętne zhakowanie faktów oraz praktycznie bezbronnych, instytucjonalnie w żaden sposób niechronionych, mózgów przeciwnika. Fabryka trolli z Petersburga wiosną 2014 r. rozpoczęła przygotowania do dezinformacyjnej „obsługi” amerykańskich wyborów prezydenckich wyznaczonych na 2016 r. Opracowano wówczas strategię, na podstawie fałszywych dokumentów założono konta bankowe, przygotowano falsyfikaty dokumentów, na podstawie których rozpowszechniano później plotki i insynuacje podważające wiarygodność kandydatów oraz ogólnie uczciwość amerykańskiego systemu wyborczego. Widocznie uznano, że spodziewane efekty są zachęcające, bowiem wiosną 2016 r. szef rosyjskiego sztabu generalnego Walerij Gierasimow zwracał uwagę na znaczenie „wykorzystania globalnej sieci internetu dla wywierania potężnego, ukierunkowanego wpływu na świadomość obywateli państw wytypowanych jako cel agresji”.

Czy działania podejmowane m.in. przez Facebooka dotyczące blokowania bądź usuwania kont wykorzystywanych do działań dezinformacyjnych są wystarczające?

Usuwanie i blokowanie to w pewnym sensie walka z wiatrakami z uwagi na możliwości techniczne. Na razie nawet najlepsze algorytmy cenzorskie analizujące treści można ominąć. Moje prywatne doświadczenie z czasów komuny nauczyło mnie, że „żywego, ludzkiego” cenzora można ominąć, a co dopiero robota. Z jednej strony usuwanie dezinformacji naraża medium społecznościowe na zarzuty: ograniczania swobody wypowiedzi, brutalnej cenzury, naruszania praw obywatelskich itp. Z drugiej strony nawet marne sito odsiewa część dezinformacji. Inaczej bylibyśmy zanurzeni po szyję w szambie kłamstwa, a tak tkwimy tylko po kolana.

W raporcie autorzy zwracają uwagę na fakt, że Rosjanie kosztem tworzenia własnych zmyślonych wiadomości zdecydowali się na powielanie informacji już istniejących a pochodzących z ugrupowań skrajnie prawicowych i anty-unijnych takich jak Alternatywa dla Niemiec. Dlaczego?

Dobra dezinformacja powinna być tworzona w oparciu o sprawdzalne fakty, tyle że zmanipulowane lub zestawione i skomentowane w sposób zgodny z planem dezinformującego. Zmyślona informacja jest znacznie mniej wiarygodna niż mająca odniesienie w faktach już znanych odbiorcy z innych źródeł. Warto przy tym podkreślić, że rosyjska kampania nie jest ukierunkowana ani na lewo, ani na prawo. Jej celem jest podważenie zaufania i wiary w siebie oraz sianie zamętu, podsycanie podziałów i destabilizacja. Dezinformacyjna machina Kremla, od petersburskiej fabryki trolli przez telewizję RT, radiową sieć Sputnik oraz agencje prasowe TASS i Novosti wbija odbiorcom w mózgi przekonanie, że fakty są zawsze zgodne z oficjalną narracją Kremla.

Dlaczego tak trudno walczyć z działalnością rosyjskiej dezinformacji w sieci i jaki ma ona realny wpływ na poglądy Europejczyków?

Z braku wiedzy. Mszczą się wieloletnie zaniedbania w programach edukacyjnych oraz świadome ograniczanie nauczania w imię dobrostanu uczniów. W konsekwencji coraz większej liczbie odbiorców brakuje umiejętności rozróżniania między prawdziwą informacją a kłamstwem. Wiedza, maksymalnie o wszystkim,  jest podstawą walki z dezinformacją. Ocena realnego wpływu dezinformacji na poglądy nie jest łatwa, bowiem można wyliczyć zbliżoną liczbę osób, do których dotarł sieciowy fejk, ale trudno ustalić, kto odebrał, a jeszcze trudniej, kto przeczytał i zastanowił się nad przekazem.

Czemu służyć ma dobór tematów (Żółte Kamizelki, kryzys migracyjny) i osób (chociażby prezydent Francji) jakie są poddawane działaniom dezinformacyjnym? 

Od czasów KGB w Moskwie nic się nie zmieniło. Stany Zjednoczone są nadal „głównym przeciwnikiem”, a tuż za nimi jest NATO. W kremlowskim postrzeganiu świata wszystkie państwa znajdujące się poza strefą wpływów Moskwy są potencjalnymi członkami Sojuszu Atlantyckiego, zatem finalnym celem wszelkich działań dezinformacyjnych są: osłabienie solidarności państw europejskich oraz rozbicie ich transatlantyckich powiązań ze Stanami Zjednoczonymi. Każdy chwyt i każdy temat jest dozwolony jeśli powoduje mętlik w głowach i polityczny chaos.