„Myśl jest taka, że nasze ustalenia zostaną zderzone z ustaleniami rosyjskimi [...] I jeżeli te dwa raporty będą różne, to będzie do tego cała teoria spiskowa zbudowana w społeczeństwie, że albo ten ukrył, albo tamten, ale na pewno prawda jest gdzieś jeszcze indziej. [...] Albo zadbamy o jednolity przekaz, który nie sprzyja budowaniu mitów i podejrzeń, albo sami sobie ukręcimy bicz na własne plecy”

- mówił 28 kwietnia 2010 r. minister Jerzy Miller. Słowa te padły podczas posiedzenia Komisji Badania Wypadków Lotniczych Lotnictwa Państwowego (KBWLLP), a słuchający polityka PO eksperci wzięli je mocno do serca. 

Przeciążenie według Putina

„Gazeta Polska” wielokrotnie pisała, że komisja Millera powtórzyła w swoim raporcie  za Rosjanami tezę o wartości przeciążenia, jakie działało na ofiary. Miałoby ono wynosić 100 g, czyli stukrotność przyciągania ziemskiego. Aby przeciążenie było tak duże przy zwykłym wypadku, samolot przy prędkości 300 km/h musiałby się zatrzymać na dystansie mniej więcej 3,5 do 4 m (w rzeczywistości było to kilkadziesiąt metrów), a więc uderzyć niemalże prostopadle w betonową ścianę. Komisja Millera sama zresztą sobie przeczyła, bo w załączniku do raportu można było przeczytać:

„Kąt ślizgu samolotu wynosił około 20ľ. Zderzenie tego typu klasyfikowane jest jako uderzenie małej energii pod małym kątem. Podmokły teren oraz zarośla wytłumiły energię zderzenia (...)”.

Co więcej, polonijny dziennikarz Adrian Wachowiak uzyskał opinie specjalistów, którzy jednoznacznie wykazali, że nie można na podstawie oględzin obrażeń ciała obliczyć tej akurat wartości. W związku z tym zapytał szefa rządowej komisji ds. wyjaśniania katastrofy smoleńskiej - Macieja Laska - kto z imienia i nazwiska, kiedy, gdzie i w jaki sposób ustalił wartość przeciążenia 100 g. W wysłanym e-mailu powołał się na ustawę z 6 września 2001 r. o dostępie do informacji publicznej. 

Co na to Lasek? Nie odpowiedział na pytanie Wachowiaka w ciągu 14 dni, mimo że zobowiązywało go do tego prawo. Wreszcie zniecierpliwiony dziennikarz złożył w styczniu 2014 r. zapowiadaną skargę do Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego w Warszawie. Wyrok zapadł 17 października 2014 r. Orzeczenie nie pozostawiało wątpliwości: sąd nakazał Maciejowi Laskowi „rozpatrzyć wniosek o udostępnienie informacji publicznej”. Lasek jednak nigdy się z tego nie wywiązał. Dlaczego? Odpowiedź znajdujemy w nieznanych dotąd zapisach nagrań posiedzeń komisji Millera.

Fragment nagrania posiedzenia z 23 maja 2011 r.
„- Oceniając charakter powstałych obrażeń głowy, wieloodłamowe złamania kości czaszki, klatki piersiowej i kręgosłupa, na ciała członków załogi w krótkim okresie czasy oddziaływało udarowe przeciążenie nie mniejsze niż 100 g [...]
- Wszędzie jest podkreślone, że to odnosi się tylko do załogi, a....
- Bo nie było badań. Ale to nic... [...]
- To 100 g, to myśmy już kiedyś dyskutowali krótko na ten temat, co prawda to chyba nie pociągnęło za sobą żadnych obliczeń, ale to chyba nie było 100 g. [...]”
Fragment nagrania posiedzenia z 21 lutego 2011 r.
„- Mam tutaj sugestię, żeby w tym akapicie, biorąc przy tym niskoenergetycznym, żeby spróbować podać średnie przyspieszenia, to znaczy...
- Hamowania akurat, średnie przyspieszenie ujemne.
- Tak, no i oszacować ewentualnie maksymalne, bo to daje informację, czy było tam 8 g, czy 15, no...
- Jeżeli chodzi o maksymalne, to można, że tak powiem podać...
- Nie, stosunkowo nie, spokojnie z tą dowolnością, tam są fotele, były fotele, które to fotele zostały wyrwane, równo to wszystko poleciało. Otóż według norm, które wtedy, wtedy obowiązywały, to te mocowania foteli były na ile? Na 9 g. No więc od razu na dzień dobry można powiedzieć, że 9 g zostało przekroczone. No bo inaczej one po prostu pozostałyby przymocowane do foteli. Teraz już jest inaczej, więcej według nowych przepisów, ale tamte były takie i wytrzymały. No to jakaś tam wielkość jest, i to się gdzieś później, później my na to zwracamy uwagę, opisując, opisując szczątki właśnie o tych, o tych fotelach [...]”.
Fragment nagrania posiedzenia z 24 lutego 2011 r.
„To ja mam pytanie odnośnie tej wartości ponad 100 g, bo przy omawianiu załącznika technicznego mówiliśmy, że jakie siły działały na w trakcie tej katastrofy, zostanie określone w załączniku medycznym, my nie liczyliśmy, jakie siły oddziaływały na konstrukcję. I czy te ponad 100 g wynika z obrażeń, czy tak przyjęto dlatego, że tak jest w raporcie MAK-owskim? [...]
- Czy mogę poprosić o prędkość samolotu w momencie zderzenia z drzewem?
- Ok. 270 km/h, a zderzenie z ziemią ok. 260 km/h.
- Dobrze. A na jakim, na jakim odcinku stanął?
- 80 m. Za chwilę wyliczę przyspieszenie [...]
- Proszę państwa, jeżeli się nie pomyliłem, to gdyby równomiernie hamował na 80 m, to to by było 1 g.
- No zaraz, zaraz, ale jeżeli...
- Proszę państwa, ale jeżeli leciał 260 km/h, to to jest w metrach na sekundę 80, przepraszam, tak tak.
-1 g to to jest... 8 przez 9... 80 metrów na sekundę kwadrat, a g jest 9. No tak, tak, to trzeba przez 10 podzielić, bo 1 g to jest 9,81... nie... 80 metrów na sekundę kwadrat, to ja się zgadzam, ale ponieważ 1 g to jest 9,81, no to niestety, ale to jest tylko 10 g, a nie 100. [....]
- Dobrze. Znaczy ja mam prośbę o naprawdę przeanalizowanie poważnie tej hipotezy 100 g, dlatego bo to może być słaby punkt w naszej dyskusji zewnętrznej. Niby szczegół, ale możemy się wywrócić na tej...”.

Lasek i jego drzewa

Według tabelki na str. 70 załączników do raportu Millera najważniejsze wartości wskazujące na utratę skrzydła i obrócenie się samolotu nie pochodzą z urządzeń pokładowych, lecz... są parametrami „obliczonymi” – co członkowie komisji zaznaczyli drobnym drukiem w jednym z przypisów. Z rysunku nr 10 w załączniku nr 4 do raportu jednoznacznie wynika, że podstawowym źródłem tych „obliczeń” było właśnie jedno ze zdjęć Rosjanina Siergieja Amielina. Eksperci oznaczyli je nawet kilkoma liniami, podpisanymi: „linia cięcia świerków”, „linia cięcia brzozy (skrzydło)”, „linia cięcia sterem wysokości” i „linia cięcia świerku krawędzią lewego skrzydła”. Opis fotografii do złudzenia przypomina fragment książki Amielina przy tym samym zdjęciu: „Uszkodzonym lewym skrzydłem wbił się w gruby świerk, łamiąc drzewo. Dalej ściął jeszcze kilka wierzchołków cienkich drzew. [...] grube świerki i brzoza [...] kontynuowały proces niszczenia lewego skrzydła”. Zresztą niemal wszystkie zdjęcia z załącznika nr 4 (zawierającego fotografie drzewostanu, na których oparto teorię „pancernej” brzozy) są właśnie autorstwa Amielina, od początku lansującego kremlowską wersję katastrofy smoleńskiej.

A jak komisja Millera obliczała wysokość drzew i krzew mających doprowadzić do zniszczenia samolotu Tu-154?

Fragment nagrania posiedzenia z 24 lutego 2011 r.
„- W raporcie MAK brak jest jakichkolwiek danych o wysokości, przerobimy to, w raporcie MAK proszę dać na żółto, przerobimy na «Komisja nie znalazła w raporcie...» i tak dalej, czy tam co innego, [brak] jest jakichkolwiek danych o wysokości drzew i krzewów porastających teren położony w zasięgu powierzchni ograniczającej podejście, z kursem magnetycznym lądowanie 259 st., dlatego też w trakcie prac określono ich wysokość na podstawie materiału, materiału zdjęciowego poprzez porównanie sylwetki człowieka o założonej wysokości, który występuje na tym samym zdjęciu i znajduje się w odległości od obiektywu zbliżonej do tej, w jakiej położone jest drzewo, z sylwetką drzewa, patrz poniżej. Proszę zobaczyć, tu mamy tego człowieczka, przyjęliśmy jego wzrost...
- Metr osiemdziesiąt.
- Gdzie tam, metr siedemdziesiąt. Panie Wiesławie, nie wszyscy są tacy wysocy jak pan. Metr siedemdziesiąt, w związku z tym odłożyliśmy te wysokości, tym bardziej że on stoi przy tym drzewie, tak że ten błąd jest nieduży i zgadza nam się prawie, nie powiem że do centymetrów, ale do dziesiątek centymetrów z tym, co byli panowie uprzejmi pomierzyć, którzy byli tam na miejscu. Rozmieszczenie drzew przyjętych do analizy wysokości. I tutaj mamy kolejne drzewo. To jest to samo założenie metr siedemdziesiąt”.

Tajemnicze zobowiązanie eksperta

Z posiedzeń komisji Millera jednoznacznie wynika, że kluczowy jej ekspert - Sławomir Michalak z Instytutu Technicznego Wojsko Lotniczych (ITWL) - podpisał Rosjanom zobowiązanie do zachowania tajemnicy, przez co nie mógł przekazać stronie polskiej najważniejszych informacji dotyczących katastrofy.

Fragment nagrania posiedzenia z 20 maja 2010 r.
„Tak naprawdę moim zdaniem najważniejszy materiał, który byłby nam w tej chwili potrzebny, a którego nie mamy, to jest CVR [oryginalny zapis rozmów w kokpicie - przyp. redakcja], przy odczycie którego uczestniczył nasz ekspert od początku do końca, pan Michalak z ITWL. I on ma tutaj informacje, no jest w jakiś sposób zobowiązany, zobowiązany tajemnicą i faktycznie ten materiał oryginalny znajduje się w tej chwili w MAK-u, w dyspozycji. Tyle chciałem na ten temat powiedzieć.
- [...] Tu słyszymy różne dziwne wypowiedzi w telewizorni, że raz jest piękna współpraca z Rosjanami, wszystko naprawdę, ale to w eterze tak brzmiało i na wizji, zakulisowe rozmowy były zupełnie inne i nieraz bardzo, bardzo napięte pod względem uzyskiwania różnych danych. Mogę państwu powiedzieć z tego, co ja sam próbowałem osiągnąć od strony rosyjskiej. Podczas oblotu po katastrofie, który miał być dokonany. Oficjalnie zapytałem na spotkaniu z Rosjanami, czy może być ktoś z naszej ekipy, z naszego zespołu być na pokładzie. «Nie», bo jest to statek powietrzny wojskowy, a procedury nie zezwalają rosyjskie. Dalej to było, czy możemy być świadkami obserwowania wskaźników radarowych podczas lotu - też «nie», dlaczego «nie»? No żeby nie przeszkadzać. [...]
- Pytanie odnoście pozyskiwania wiedzy, bo jutro wraca prawdopodobnie pan płk Michalak, i do tej pory sytuacja była taka, że będąc członkiem komisji, jednocześnie podpisał zobowiązanie do zachowania tajemnicy tam w Rosji. Tutaj mówiliśmy, że wszyscy mamy mieć dostęp do tych informacji jako członkowie komisji, natomiast on się tą wiedzą nie dzieli ze względu na to zobowiązanie. Czy ktoś by mógł wyjaśnić nam i jemu, ile on może nam powiedziec i co on może nam powiedzieć?
- Czy już to jest wyjaśnione, bo mnie akurat ta wiedza nie jest potrzebna, ale zapisy... Właśnie, jeżeli nie mamy dostępu do zapisów ani odpisów tu z rekordera, no to to by nam troszkę...
- Ja rozumiem pytanie, z tym obawiam się, że w zakresie wiedzy, która jest wiedzą komisji badającej, niestety nie mamy dużo ruchu, jeżeli o to chodzi, aczkolwiek kopię powinien dokumentów dostać akredytowany [Edmund Klich - przyp. redakcja] i poprzez niego te informacje powinny do nas spłynąć, to znaczy, że nie wystąpiliśmy o dokumenty.
- Z drugiej strony akredytowany, skoro nie ma odpisu, nie ma tego w postaci materialnej, może zobowiązać eksperta czy tego swojego doradcę, którym jest pan Michalak, żeby nam zrelacjonował istotne jakieś tam szczegóły.
- Panie majorze, a kto go zobowiązał do tej tajemnicy?
- Z tego, co wiem, to on Rosjanom podpisał takie zobowiązanie, dlatego trzyma się tego zobowiązania”.

Ciała ofiar i strach przed Macierewiczem

Wielką zagadką - nie tylko dla dziennikarzy, lecz także dla polskiego rządu - jest sposób, w jaki Rosjanie przeprowadzili po rozbiciu się Tu-154 akcję ratunkową. Sądząc po niechęci strony rosyjskiej do ujawnienia prawdziwej godziny katastrofy, brak informacji na temat ratowania rannych i gaszenia wraku może wynikać z jakichś ważniejszych przyczyn niż wstyd przed niechlujstwem. 

Zwłaszcza, że grozę budzą zeznania funkcjonariusza BOR, znajdujące się w tajnych aktach prokuratury. Mężczyzna ów (Jarosław U.) dostał telefon od kolegi z Biura (Cezarego K.), który także był na miejscu katastrofy i widział po katastrofie trzy karetki pogotowia odjeżdżające z miejsca tragedii na sygnale. 

Informację o trzech rannych pasażerach podał także 10 kwietnia 2010 r. o godz. 11:07 czasu polskiego ówczesny rzecznik MSZ Piotr Paszkowski. W tym samym dniu, o godz. 12:12, o trzech osobach, które przeżyły rozbicie się samolotu, mówił w TVP Info reporter tej stacji Jarosław Olechowski. „Mają się one znajdować w jednym z tutejszych szpitali” - mówił, powołując się na informacje uzyskane na miejscu katastrofy. Ciekawa jest też informacja, jaką podał w rozmowie z „Naszym Dziennikiem” Zdzisław Moniuszko, ojciec Justyny Moniuszko - stewardessy, która zginęła na pokładzie Tu-154. Powiedział on, że zaraz po katastrofie do specpułku transportowego trafiła informacja, że katastrofę przeżyło „dwóch pilotów i jedna stewardessa”.

Przebywający 10 kwietnia 2010 r. na płycie lotniska w Smoleńsku Dariusz Górczyński, naczelnik Wydziału Federacji Rosyjskiej Departamentu Wschodniego MSZ, zeznał w prokuraturze:

„O ile dobrze pamiętam, ambasador Turowski około godz. 12 przekazał mi, że otrzymał informację od funkcjonariusza FSO, że trzy osoby przeżyły i w ciężkim stanie zostały przewiezione do szpitala”.

Niezależnie od tego, jak oceniamy wiarygodność tych doniesień - bo naprawdę trudno sobie taki horror wyobrazić - sprawę należałoby wyjaśnić. Nowe światło na sposób badania tej kwestii przez komisję Millera ujawniają nagrania z jej posiedzeń.

Fragment nagrania posiedzenia z 24 lutego 2011 r.
„- Strona rosyjska nie przekazała komisji informacji o czynnościach dochodzeniowych, prowadzonych na miejscu wypadku, a także stosownej dokumentacji przed przemieszczeniem ciał ofiar wypadku. Przemieszczenie ciał ofiar wypadku odbywało się bez obecności przedstawicieli strony polskiej [...]
- 11:40, 59 minut po wypadku, stwierdzenie faktu braku żywych poszkodowanych, 59 minut po wypadku. 16:20, pięć godzin i 40 minut po wypadku i to jak ze sobą koresponduje, na miejscu wypadku znaleziono 25 ciał ofiar. Brak jest informacji, co stało się z pozostałymi osobami, które znajdowały się na pokładzie samolotu Tu-154M PLF 101. Na jakiej podstawie stwierdzono, że nikt nie przeżył wypadku? Czy jakieś uwagi może do tego?
- Macierewicz nas pojedzie....
- Czy jakieś uwagi do tego?
- Już widzę, już widzę komentarze...
- Powiem tak, no... po takim zapisie to wiadomo, że Rosjanie już przewidzieli, że wszyscy zginą, więc nie będą potrzebne karetki ani śmigłowce. To jest pierwsza rzecz. Dwa, jeżeli ktokolwiek przeżył, to na pewno ich do tego czasu, do tych... po tych 5 godzinach dobili i zakopali, nie? A tego nie było. Więc no... myślę, że to trzeba byłoby jakoś tak... mniej pożywanie dla, dla Macierewicza.
- Zwracam uwagę, że jest tylko, są tylko dwa zapisy, 59 minut po wypadku stwierdzenie faktu braku żywych poszkodowanych, 5 godzin i 40 minut po wypadku na miejscu wypadku znaleziono 25 ciał ofiar. Możemy to zostawić bez komentarza, panie przewodniczący, jeżeli pan przewodniczący uważa? Na żółto....
- Na żółto, ale myślę, że parę zdań mogłoby tu poprawić wydźwięk, raczej wskazując na...
- Oczekujemy propozycji, panie przewodniczący. [...]
- Ale właśnie... Czy należy się wdawać w polemikę z raportem [MAK]?
- To, co pan minister mówił wcześniej, żeby się nie wdawać. My się nie wdajemy w polemikę, my tylko oceniamy to, co oni nam przedstawili. A to, co Rosjanie przedstawili, to nie wyczerpuje żadnych norm, że tak powiem: przyzwoitych norm.
- Nie, ale tam jest takie sformułowanie: «według raportu MAK jest to, to, to». Prawda?
- No tak, ale my znikąd indziej nie mamy informacji o wyjeździe samochodów, o dotarciu karetek. Nie ma. Po prostu żaden inny dokument nie funkcjonuje oprócz raportu MAK w tym zakresie. Więc albo w ogóle się do niego nie odnosimy, mówiąc, że nie dostaliśmy wiarygodnych dokumentów, albo łamiemy tę zasadę, którą na początku określiliśmy, i zaczynamy korzystać, znaczy traktować to jako również pewnego rodzaju dowód [...]
- W związku z tym opieramy się na niewiarygodnych dokumentach, na zasadzie....
- Na takich, jakie mamy.
- Jeżeli nie dostaliśmy wiarygodnych, to znaczy, że opieramy się na niewiarygodnych.
- No to zamiast «wiarygodnych» można powiedzieć, że nie dostaliśmy materiałów źródłowych. A źródłowe no to są zwykle raporty straży pożarnej. Tak jak my w naszych opracowaniach korzystamy.
- Na pewno nie można użyć sformułowania, że nie dostaliśmy wiarygodnych dokumentów i dlatego opieramy się na raporcie MAK.
- Nie... no więc źródłowych dokumentów nie dostaliśmy”.

Skompromitować gen. Błasika

Eksperci identyfikujący głosy na nagraniach z kabiny pilotów ponad wszelką wątpliwość stwierdzili, że nie było tam gen. Andrzeja Błasika. To zresztą potwierdzenie wcześniejszych badań.

Przypomnijmy: w styczniu 2012 r. eksperci z krakowskiego Instytutu Ekspertyz Sądowych przebadali kopię nagrań z kokpitu Tu-154 i doszli do wniosku, że na nagraniach rozmów nie zarejestrowano głosu generała. "Biegli dokonali stopniowania swoich ustaleń, określając identyfikację załogi Tu-154M jako wysoce prawdopodobną, stewardesy i dyrektora protokołu dyplomatycznego MSZ jako prawdopodobną oraz z najwyższym prawdopodobieństwem określili identyfikację dwóch osób załogi Jak-40. Poza tymi dziewięcioma osobami nie zdołano wyodrębnić w nagraniu dalszych grup wypowiedzi, które konstytuowałyby kolejne osoby” – komentował wówczas ustalenia krakowskich biegłych płk Ireneusz Szeląg z Wojskowej Prokuratury Okręgowej w Warszawie.

Także w stenogramach przygotowanych wcześniej na użytek komisji Millera przez Centralne Laboratorium Kryminalistyczne generałowi Błasikowi nie przypisano żadnego głosu. Zrobiła to samowolnie dopiero komisja Millera. 

Fragment nagrania posiedzenia z 29 września 2010 r.
„- Ja mam pytanie, jeżeli można, do, do wszystkich członków komisji. Na jakiej podstawie możemy stwierdzić, że pan Generał Błasik był w kabinie. Bo tu… jest dalej… 
- Jest dalej, ale ta podstawa jest wątpliwa. Z przyczyny prostej, każdy z nas wie, jak wygląda Tu 154 i przedział, przed wejściem, że tak powiem, do kabiny. Jeżeli ktoś stał na przykład w przejściu, przykładowo, to w momencie uderzenia, i jechania, że tak powiem, gwałtownego hamowania, przecież normalną sprawą jest, jeżeli jestem w korytarzu, to znajdę się natychmiast w części czołowej, wpadnę do kabiny. 
- Tak, ale zostało wykazane, rozpoznany głos w CVR należący do Błasika, co prawda nie ma wyjaśnienia jak został rozpoznany, ale myślę, że tutaj Sławek wyjaśnisz nam to i ten punkt zostanie wykreślony, bo…
- Bardzo prosto, zidentyfikował go płk Kędzierski. I podpisał się pod tym. [...]
- A poza tym ja dość dużo rozmawiałem z tym patologiem MAK-owskim i nie sądzę, żeby on miał powód do kłamania, a charakter obrażeń odpowiadał wpadnięciu ciała w wyniku przeciążenia pomiędzy fotel pierwszego pilota a tutaj, w tę dziurę pomiędzy szturmana a... a pierwszego pilota, on wręcz sugerował w rozmowie, że generał stał oparty łokciem o fotel pierwszego pilota, wyglądając przez szybę, lub siedział na fotelu”.
Fragment nagrania posiedzenia z 13 maja 2011 r.
„I mamy teraz taką sprawę. W przypadku pana generała w kabinie. Czy w historii, bo były takie uwagi... Materiały z CLK wskazują na nieustaloną osobę. My wszyscy, znaczy inaczej, my wiemy albo generalnie w przestrzeni medialnej wiadomo, kto tam był, na podstawie analiz tej traseologicznej, wiadomo, kto tam był. Natomiast ja bym tutaj zaproponował, w historii lotu byśmy napisali «osoba spoza załogi», a w analizie byśmy napisali, że to był zdaniem Komisji, na podstawie zebranych dowodów, był pan generał, Dowódca Sił Powietrznych. Znaczy oczywiście nie z nazwiska, żadnych nazwisk itd., ale pan generał. Pasuje to?” [...]
- [...] Natomiast w przypadku wypowiedzi, które przypuszczalnie wygłasza dowódca, to nie jest w ekspertyzie CLK powiedziane, czy to jest na pewno jedna osoba, czy to nie jest np. dalszy ciąg wypowiedzi kogoś z załogi, tak że jest jeszcze bardziej skomplikowana sytuacja.
- Oczywiście, ale my po to pracujemy półtora roku, żeby umieć z tych ekspertyz i z tych, tych naszych materiałów, które mamy... no przeprowadzić analizę i wyciągnąć wnioski, i Komisja może napisać, że prawdopodobnie lub wysoce prawdopodobne jest, że to jest...
- Mhm, tak, hipoteza.
- Napisać taką hipotezę. [...]
- Jeżeli można jeszcze. Do tej naszej hipotezy przyjętej chyba w ubiegłym tygodniu, że ten głos w tle to jest głos gen. Błasika, chodzi o te właśnie potwierdzenie niby wysokości, mamy, mam rozumieć, tak? Równie dobrze może być to głos, tak mnie się wydaje, któregoś z pilotów, bo jest taka też zasada, że powiela się, jakby, mówię, dubluje się wysokość podawaną przez nawigatora. Jeżeli nie jest przyciskany na ece, SPU, to równie dobrze może być to właśnie głos, któregoś z tych pilotów”. 
Fragment nagrania posiedzenia z 19 maja 2011 r.
„Kolejną sprawą jest przyjęcie obecności generała Błasika, tutaj się tu opieraliśmy na prawie komisji do tego, że możemy swobodnie oceniać dowody, które mamy. Wiemy o tym, że opinia CLK ewoluowała i im bliżej końca, tym bardziej była ostrożna, zachowawcza, tym więcej elementów budzących jakiekolwiek wątpliwości było często nawet wyjęte z zapisu, tak? Znikały frazy, które wcześnie były rozpoznane lub zmieniały treść w na tyle bardzo istotny sposób, przykład: 10 kilometra to zmienił się na to na 9 lub pojawienie się zidentyfikowanego wcześniej dyrektora protokołu jako osoba nieznana i generała Błasika jako osoba nieznana. My przyjęliśmy, że pan generał pojawił się w kabinie i wypowiedział trzy zwroty. [...]
- Zdaniem komisji generał Błasik był w kokpicie, tak? Nie mówimy, że mamy poważne wątpliwości czy coś. Zdaniem komisji generał Błasik był tam. I to tak należy przedstawiać. Można oczywiście mówić, że mieliśmy dostęp do różnych dowodów itd., ale nie mówimy, że, że, że, że jego tam nie było, tak? Bo to nagle wyjdzie, że wiarygodność tego wszystkiego, co wymyślimy i będziemy tam te frazy właśnie, że „komisja ustaliła”, „zdaniem komisji” będzie mocno osłabione. To jest taka rzecz, którą też warto sobie uświadomić, że jednak pracujemy jako zespół. Oczywiście, jeżeli ktoś nie będzie się kategorycznie z czymś zgadzał, to istnieje formuła na zwerbalizowanie tego i sformalizowanie tego zapisu, swojej opinii. Ale to musi być tak zrobione, to nie może być sytuacji takiej, że przyjmujemy jakiś fragment dokumentu, a potem każdy z nas ma inne zdanie na ten temat”.