U naszego zachodniego sąsiada sytuacja jest znacznie bardziej stabilna niż we Francji, gdzie doszło do politycznego trzęsienia ziemi, w wyniku którego dwie główne formacje, które od II wojny światowej wymieniały się u władzy, teraz raptem mają łączne poparcie zaledwie co… siódmego Francuza.

SPD – stabilny dół sondażowy

W Republice Federalnej sytuacja jest bardziej przewidywalna, choć na łeb, na szyję polecieli wciąż jeszcze współrządzący socjaliści. Jest to tendencja ogólnoeuropejska, co pokazują wyborcze klęski lewicy w Holandii (spadek z drugiego na dziewiąte miejsce), Austrii, Francji, Czechach – w tych państwach lewica straciła władzę, także we Francji (Macron to liberał). Nawet tam, gdzie socjaliści utrzymali się u władzy, stracili bardzo wiele mandatów: w Szwecji tworzą rząd mniejszościowy (!), a na Słowenii współtworzą tęczową koalicję, której jedynym wspólnym mianownikiem jest niechęć do eurorealistycznej prawicy.

We wszystkich trzech głównych niemieckich partiach doszło do zmiany przywódców. Mowa o CDU, CSU i SPD, które wspólnie rządzą kolejną kadencję. Wykorzystały to umiejętnie partie, które bądź dawno nie były u władzy, jak Zieloni, bądź nie byli nigdy i prędko nie będą, jak Alternatywa dla Niemiec. Zieloni po prostu „pożywili się”, jeśli chodzi o sondaże, biorąc zarówno z prawa (CDU-CSU), jak i z lewa (SPD, w mniejszym stopniu komunistyczna Die Linke). Okrzepła również bardzo prawicowa oraz antyimigracyjna i eurosceptyczna Alternatywa, która zaczęła odbierać wyborców CDU i CSU już nie tylko retoryką antyimigracyjną, ale też odwoływaniem się do konserwatywnych, rodzinnych wartości.

Niemcy: prawie 100 mandatów i „rozproszona” ordynacja

Niemcy mają niemal stu posłów do europarlamentu! Dokładnie – 96. Nawet jeżeli dojdzie do brexitu, to nie powiększą liczby swoich mandatów, jak Francja, Hiszpania – o pięć, czy przykładowa Polska czy Estonia – o jeden. Dlaczego? Bo już wcześniej RFN, w przeciwieństwie do innych krajów, wysyciła swój limit.

Niemiecka ordynacja europejska jest, tak jak w Polsce, zupełnie inna niż krajowa. Nie ma już progu 5 proc. – ostatni raz był w 2009 r. Wybory są proporcjonalne, a jeden wielki okręg wyborczy stanowi terytorium Niemiec. Każdy wyborca dysponuje tylko jednym głosem – piszę „tylko”, bo w wyborach federalnych i w większości landowych każdy obywatel RFN ma dwa głosy, dzięki czemu ujawnia swoje dodatkowe preferencje wyborcze. Każda formacja polityczna ma prawo wybrać, czy chce mieć listę krajową, czy 16 landowych. Wszystkie partie wybierają to pierwsze rozwiązanie, tylko CDU decyduje się na 15 list w krajach związkowych, a szesnastą, w Bawarii, wystawia CSU.

W Polsce przestrzega się, i słusznie, przed rozdrobnieniem głosów: im więcej Polaków w różnych frakcjach w PE, tym siła głosu Polski jest mniejsza, bo właśnie rozproszona. Tymczasem w Niemczech postąpiono dokładnie odwrotnie. Dzięki zmianie „Europawahlgesetz” – ordynacji wyborczej do europarlamentu z 1978 r., wielokrotnie zresztą poprawianej, wprowadzono możliwość wejścia do parlamentu w Strasburgu i Brukseli dla partii nawet z marginalnym poparciem. Dzięki temu aż 14 ugrupowań z Niemiec ma swoich europosłów, z czego równo połowa – ledwie po jednym.

CDU-CSU: tyle samo lub prawie tyle samo

Warto porównać wyniki z 2014 r. z sondażami z marca 2019 r. I tak CDU-CSU miały w wyborach 35,3 i 34 mandaty (CDU – 29 i CSU – 5), a teraz mają poparcie minimalnie mniejsze, w zależności od badań od 32–35 proc. Obecny wynik oznacza od 30–35 mandatów dla chadecji. Medialną lokomotywą ma być Manfred Weber, lider Europejskiej Partii Ludowej w Parlamencie Europejskim, kandydat na pierwszego po pół wieku niemieckiego szefa Komisji Europejskiej. Choć jest członkiem CSU, to politycznie blisko związany jest z kanclerz Angelą Merkel.

SPD zjechało z 27,3 proc. do 18–19 proc. Obecnie socjaliści z RFN mają 27 mandatów, a będą mieli miedzy 16 a 21. SPD zanotowało jednak minimalny wzrost sondaży w porównaniu z końcem zeszłego roku. Jej program wyborczy nawołuje do uczynienia Europy silną. Liderem listy ma być Katarina Barley, obecny minister sprawiedliwości, a poprzednio minister do spraw rodziny, osób starszych, kobiet i młodzieży. Była sekretarz generalna SPD i prawniczka urodziła się w Kolonii.

„Zieloni” partia nr 2 w wyborach europejskich?

Na identyczną liczbę mandatów – od 16 do 21 – może liczyć Sojusz ‘90/Zieloni. Jest to wyraźny wzrost, bo obecnie mają 11. Partia, która nie przekroczyła 11 proc. w wyborach w 2014 r., obecnie ma notowania rzędu 18 proc. Liderem listy ma być obecna europosłanka i współprzewodnicząca frakcji w europarlamencie Ska Keller. Ciekawe, że urodziła się prawie w Polsce, bo w dolnołużyckim Gubinie leżącym na granicy z Polską (i polskim Gubinem). Ta była rzeczniczka europejskich Zielonych w latach 2001–2007 i szefowa partii w Brandenburgii jest europosłanką od 10 lat. Ciekawostka: studiowała judaistykę, islamistykę i turkologię. A ponieważ Zieloni bezwzględnie przestrzegają parytetów, to dwójką na liście krajowej będzie mężczyzna, obecny europoseł Sven Giegold. Urodzony w Las Palmas, na hiszpańskich Kanarach (!), studiował w Bremie, Birmingham i Paryżu, jest europosłem od 10 lat.

Komuniści – równia pochyła, antyimigracyjna prawica – w górę

Alternatywa dla Niemiec (AfD) pięć lat temu miała 7 proc. i 5 mandatów, teraz liczy na od 10 do 15 miejsc, dzięki wynikowi od 9–11 proc. Niemiecka twarda prawica znalazła się na zakręcie w rezultacie wewnętrznych kłótni, a także zarzutów o nielegalne finansowanie kampanii wyborczych. Liderem ich listy krajowej ma być obecny europoseł (objął mandat po wnuczce ministra finansów III Rzeszy Beatrix von Storch, która została posłanką do Bundestagu) Joerg Meuthen. Ten nauczyciel akademicki gościł w Polsce, a jego wykład odwołał w swoim czasie Uniwersytet Wrocławski...

Liberałowie w 2014 r. ponieśli klęskę, uzyskując 3,3 proc. i mając tylko 3 mandaty – co się paradoksalnie przełożyło na stanowisko wiceprzewodniczącego Parlamentu Europejskiej dla Alexandra Grafa Lambsdorffa.

Teraz mają poparcie na poziomie od 6 do 7 proc. i liczą na od 6 do 9 mandatów. Listę krajową ma otwierać Nicola Beer, prawniczka, niegdyś radna we Frankfurcie nad Menem, posłanka do landowego parlamentu Hesji (przez 18 lat!), była sekretarz generalna FDP, a od roku deputowana do Bundestagu.

Z większych partii pozostają jeszcze komuniści z Die Linke. Oni akurat stracili w porównaniu z rokiem 2014. Mieli 7 europosłów, dzięki wynikowi 7,4 proc., teraz mogą liczyć na od 6 do 7 proc., ale teoretycznie mogą nawet powiększyć swój stan posiadania. Liderką listy krajowej jest urodzona w Turcji 35-letnia Özlem Alev Demirel, która do RFN przyjechała w wieku 4 lat. Działała w DIDF, czyli organizacji skupiającej Turków i Kurdów w Niemczech, by nawet nią kierować w latach 2012–2014. Była też posłanką do landtagu Nadrenii Północnej-Westfalii.

Zatem w odróżnieniu od Francji, w Niemczech będziemy mieć do czynienia z „twórczą” kontynuacją. Wygra CDU-CSU, a o drugie miejsce bić się będą Zieloni jadący polityczną windą w górę i SPD, która taką windą zjeżdża właśnie w dół. Te przetasowania dla Polski w praktyce znaczą więcej niż niewiele.