Polska Agencja Prasowa: Trwa 10. Festiwal Nowe Epifanie, którego jest pan współtwórcą. Jaki motyw, temat poruszacie państwo w tym roku?

Redbad Klynstra-Komarnicki: W tym roku przyglądamy się postaci Judasza i temu, co ta postać/symbol ze sobą niesie. Nowe Epifanie to interdyscyplinarny przegląd wielkopostny, który trwa 40 dni - wielkopostne tematy są podstawą naszych rozważań. I żeby nadać każdej edycji niezapomniany charakter, wybieramy z opowieści pasyjnej osobę zjawisko lub pojęcie, na którym się skupiamy. W tym roku jest postać Judasza, która wnosi ze sobą aspekty znane i dojmujące, jak zdrada, mamona, materializm, kwestia lojalności. Mocno sięgamy do polskiej tradycji i tu staramy się zwracać uwagę na splot religii i polskości, który jest nierozerwalny. Kiedy np. mówimy o Judaszu, mamy w pamięci wpływ na polską kulturę: przecież i Przerwa-Tetmajer, Iredyński i Rostworowski tworzyli dramaty w oparciu o tę postać, dlatego możemy odwoływać się nie tylko do Pisma Świętego czy apokryfów, ale i literatury pięknej. Te sploty wyrażają się zarówno w programie teatralnym, jak i muzycznym

Warto podkreślić, że w tym roku udało nam się nawiązać współpracę z Akademią Teatralną - zaproponowaliśmy studentom reżyserii temat Judasza, przeprowadziliśmy dla nich seminarium, więc mieli możliwość uczęszczania na wykłady teologów, psychologów, socjologów i antropologów - temat został im naświetlony z każdej strony. Z tego wyłoniły się ciekawe propozycje. W programie Nowych Epifanii zobaczyliśmy debiut reżyserski Sławomira Narlocha, czeka nas jeszcze debiutancka praca Katarzyny Minkowskiej. Do współpracy zaproszeni zostali w tym roku również Bartosz Żurowski oraz Dawid Zalesky ze współczesnymi rewizjami historii Judasza. Taka intrygującą produkcją jest przedstawienie Katarzyny Minkowskiej "Judasz. Laboratorium epifanii". Minkowska postanowiła stworzyć opowieść o tym, co się działo w Wieczerniku po pojmaniu Chrystusa. Apostołowie próbują odtworzyć Jego słowa i zrozumieć co się stało. Chcą ustalić wspólną wersję i zastanawiają się, co będzie z nimi dalej? Motyw Judasza najdobitniej przejawia się w segmencie teatralnym naszego festiwalu. Ale obok tego mamy cykl związany z filmem, kulinariami i muzykę dawną. Naszym stałym gościem w programie muzycznym jest belgijska grupa Graindelavoix, która w tym roku wystąpiła aż z trzema projektami. Jeden z nich ma charakter teatralny - XV- i XVI-wieczne polifonie zostały w nim zestawione z tekstami Samuela Becketta. W obu pojawiają się repetycje, przekształcenia motywów i ciągłe skupienie, angażują nie tylko głos, ale i całe ciało.

PAP: Po ukończeniu studiów aktorskich w warszawskiej PWST trafił pan od razu na wybitnych reżyserów. Wielokrotnie pracował pan z Krzysztofem Warlikowskim, w Teatrze Studio zetknął się pan z Jerzym Grzegorzewskim. Potem w Teatrze Rozmaitości spotkał pan Grzegorza Jarzynę.

R. K.-K.: Tak, zaczęło się od Grzegorzewskiego.

PAP: Jak z perspektywy lat ocenia pan ich wpływ na pańską twórczość aktorską i reżyserską?

R. K.-K.: Zacznę od Jerzego Grzegorzewskiego. To było spotkanie w "La Boheme" i "Don Juanie", które zaowocowało tym, że zdecydowałem się zostać w Polsce, mimo iż byłem nieco rozczarowany tym, co przez cztery lata w szkole teatralnej otrzymałem. Można by oczywiście powiedzieć, że ważniejszą kwestią jest to, co z tego wziąłem? Ale faktem jest, że - poza poznaniem paru niewątpliwych osobowości i profesjonalistów, takich jak Maja Komorowska, Wiesław Komasa, Jadwiga Jankowska-Cieślak czy Halina Łabonarska, którzy byli moimi profesorami, resztą studiów byłem trochę zawiedziony. Przede wszystkim brakiem spójności programu nauczania.

Jeszcze w Holandii, przed studiami w PWST, byłem bardziej aktywny, szybciej się rozwijałem, w Warszawie, w szkole teatralnej poczułem się trochę, jakbym stanął w miejscu – zaczął dreptać w kółko. Natomiast, gdy w 1994 r. trafiłem do Teatru Studio i do Grzegorzewskiego znów zacząłem szerzej oddychać. To był wówczas jeden z najciekawszych teatrów w pejzażu Warszawy. I przede wszystkim poznałem perspektywę reżysera, którego rodowód jest plastyczny, którego twórczość wyrasta ze sztuk pięknych. Tego zupełnie nie znałem. Dotąd poznawałem teatr od strony czysto aktorskiej, od strony słowa.

Grzegorzewski na pierwszej próbie, a to jest symboliczne, miał przed sobą górę skserowanych i powycinanych fragmentów z tekstów Wyspiańskiego. Intuicyjnie wybierał fragmenty i rozdawał aktorom. Traktował te teksty jako jeden z wielu, wielu elementów, z których układał te swoje obrazy sceniczne. To było swoiste trójwymiarowe malarstwo w czasie i przestrzeni, gdzie aktor ze swoim tekstem był tylko ruchomych elementem tego obrazu. To była perspektywa, która mnie mocno zainspirowała. Zauważyłem to, kiedy sam zacząłem reżyserować. O dziwo nie czerpałem z mojego doświadczenia pracy z Krzysztofem Warlikowskim (choć od Krzyśka wziąłem pewien humanizm i zaufanie w podejściu do aktora) czy z Grzegorzem Jarzyną - lecz przychodziły mi do głowy pewne rozwiązania czy koncepcje związane ze sposobem, w jaki patrzył na teatr Grzegorzewski.

Dla mnie samego to było ważne odkrycie, mimo że Warlikowski i Jarzyna niewątpliwie są bardzo silnymi osobowościami i z pewnością odcisnęli swoje piętno na polskim teatrze. A jednak... Sam byłem zaskoczony, że ja sięgałem do Grzegorzewskiego.

PAP: W 2002 r. stworzył pan Warszawska Grupę Twórczą i pod auspicjami Rozmaitości Jarzyny zrealizował pan pierwszy spektakl "Made in China" wg Marka O'Rowe'a. Potem m.in. były "Gry" w Teatrze Współczesnym we Wrocławiu i "Electronic City" w 2003 r., który wystawił pan w biurowcu Liberty Corner.

R. K.-K.: Tak, ale te spektakle powstały na bazie koncepcyjno-produkcyjnej TR Warszawa. Grzegorza Jarzynę pamiętam przede wszystkim jako odważnego dyrektora i wizjonera. Osobę, która poszukuje sposobów, w jaki można prowadzić teatr i umożliwia robienie teatru innym. Mojej grupie twórczej dał szansę zrobienia "Made in China". Byliśmy wtedy prekursorami, bo wystawiliśmy to przedstawienie w mieszkaniu na warszawskiej Pradze. Zapamiętałem Grzegorza Jarzynę jako osobę, która poszukiwała stale nowych przestrzeni, nowych możliwości dla teatru - tak, jakby ten budynek przy ul. Marszałkowskiej 8 był w sensie symbolicznym "za ciasny". Zawsze szukał i nadal szuka nowego oblicza teatru i w tym jest bardzo spójny. Sam zrobił wtedy spektakl na Dworcu Centralnym. To był czas, kiedy przyświecała nam idea swoistej Dogmy teatralnej. Takie poczucie, że Warszawa jako tło opowiadania historii teatralnych jest jeszcze nieodkryta. Że stolica jest o wiele ciekawszą sceneria dziania się rozmaitych przedsięwzięć teatralnych niż sama sala teatralna. To było wyjście w miasto, a zarazem czas poszukiwań innych osobowości teatralnych, innego podejścia aktorów. To był okres, gdy w TR zaczynali Piotr Głowacki, Magda Popławska i Michał Żurawski. To on dał im przestrzeń do rozwoju.

PAP: W ostatnich latach coraz częściej w wywiadach dystansuje się pan od tych metateatralnych dyskursów i przywołuje pojęcie rzeczywistości i metaforę Szekspirowskiego lustra. Mimo eksperymentów z Warszawską Grupą Twórczą, później z nową grupą Supermarket, największe sukcesy odnosił pan jako aktor w spektaklach, bazujących na bardzo dobrej literaturze. To był np. Szekspir i dramaturgia irlandzka.

R. K.-K.: Myślę, że przez długi, długi czas kompletnie nie miałem pojęcia, w jakiej rzeczywistości w Polsce się poruszam. Wydawało mi się, że przeniesienie pewnych dążeń i pomysłów z Holandii powinno dość szybko skutkować tym, że teatr się uwolni. Bo teatr tak naprawdę powinien być domeną artystów niezależnych, artystów konstruktywnie krytykujących, będących niezależnymi w tej krytyce od jakichkolwiek nacisków instytucjonalnych i presji politycznych.

Okazało się, że w Polsce praktycznie nie można istnieć poza tzw. systemem teatralnym. Czyli odziedziczonym po PRL skostniałym etatystycznym przeżytku. W teatrze nie ma odpowiednika tego, co widzimy w filmie: mogą powstawać różne filmy - komercyjne, ambitne, eksperymentalne. One wszystkie znajdują źródło finansowania w Państwowym Instytucie Sztuki Filmowej i dzięki temu istnieje spora sfera niezależności. W dziedzinie teatru nie ma sposobu, by profesjonalnie wystawić sztukę, nie mając za partnera dyrektora jakiegoś teatru instytucjonalnego. A taki dyrektor dysponuje swoim zespołem i tak czy inaczej będzie próbował wcisnąć reżyserowi swoich aktorów. U nas aktorzy przypominają muzyków sesyjnych - są do wynajęcia, świetnie wyszkoleni, potrafią wszystko zagrać. Ale przez ten ich profesjonalizm nie przebija się żaden światopogląd. Nawet jeśli go mają, to nie ma miejsca dla niego na scenie. Nie ma w tym żadnego źródła, jakiejś siły, która pozwoliłaby zrobić coś istotnego i krytycznego społecznie. Wszyscy są zatopieni w fabryce robienia spektakli. To fakt, że nie ma miejsca na reformę, dorobienie fragmentu czy wytworzenie pola, gdzie można uprawiać, tak zwany niezależny teatr wartości. Nie uczymy się rzemiosła w sztuce - i to w wielu dziedzinach i na różnych polach. Wciąż jesteśmy zakładnikami romantycznego postrzegania artysty, który musi mieć wenę, całkowitą wolność strumienia świadomości, a pomijamy takie podstawowe rzeczy, jak warsztat i rzemiosło.

PAP: Zagrał pan mnóstwo ról w Teatrze TVP, ale te nagradzane, choćby laurami na Festiwalu "Dwa Teatry" w Sopocie - to np. Mag w "Beztlenowcach" wg Ingmara Villqista w reż. Łukasza Barczyka czy Józef Światło w "Kontrymie" Marka Pruchniewskiego w reż. Michała Fischera. Grywał pan w Teatrze TVP w sztukach Krzysztofa Bizio, współpracował z reżyserem i autorem sztuk Maciejem Wojtyszką. Napotkał pan kilka polskich indywidualności dramatopisarskich.

R. K.-K.: Oczywiście, np. jest Marek Kochan, którego sztukę "Rio" wystawiłem w Teatrze TVP. Na pewno Tadeusz Słobodzianek jest ciekawym dramaturgiem, również Wojciech Tomczyk - autor m.in. "Norymbergi" i "Bezkrólewia". Nie mówię, że nie istnieje polska dramaturgia, ale ona jest często pisana "przy biurku”, a wystawiana z dużym opóźnieniem wobec momentu jej powstania. A teatr jest takim medium, które szybciej jest w stanie zareagować na jakieś zjawisko społeczne.

Widzimy to np. w Holandii, gdzie system zmienił się w okolicach lat 70. XX wieku. Sprawna grupa teatralna jest w stanie najszybciej zrobić dzieło sztuki, które analizuje lub komentuje coś, co się właśnie dzieje w otaczającej rzeczywistości. Teatr jest szybszy niż napisanie książki lub zrobienie filmu. Działa wolniej niż publicystyka, ale teatr istnieje w pewnym sensie ponad publicystyką, a przed literaturą i filmem. A z tego aspektu się w Polsce zbyt rzadko korzysta. W obecnych czasach trzeba bardzo precyzyjnie szukać siły teatru. Mamy już film, gry, internet - bardzo wiele rzeczy, które ludziom o ich świecie opowiadają. Siłą teatru jest z kolei to, iż jest to fizyczne spotkanie ludzi z ludźmi, jest to najbliższe tego, co znamy z prehistorycznych czasów, czyli opowieści przy ognisku. Teatr jest depozytariuszem tego niezwykłego klimatu, atmosfery i siły takiej, jak w nocnych rozmowach Polaków. Nikt z zewnątrz nie może wkroczyć do takiego kręgu. I myślę, że teatr powinien bardziej korzystać z tego niezwykłego klimatu. Stać nas na własne, współczesne sztuki pisane i wystawiane na gorąco. Warto o tym pamiętać.

PAP: W "Rio" zagrał pan razem z żoną.

R. K.-K.: Do zagrania w nim zmusiła mnie Emilia, bo sam nie chciałem. Nie mam w sobie takiej hucpy. Zaciekawiło mnie w tym tekście to, co międzyludzkie. Sądzę, że w tym świecie, pełnym napływu informacji, fake newsów, tego, że co chwilę ktoś nam coś proponuje - jesteśmy mocno zagubieni. Jesteśmy skołowani. Wystarczy w ciągu dnia przejść się przez miasto i dostaniemy dziesiątki propozycji na życie i przez moment nieuwagi możemy nagle w coś wdepnąć. W tym chaosie odnalezienie tej drugiej osoby i stworzenie rodziny - jest tym, co nas może uchronić przed wieloma rzeczami. Bo dobry przyjaciel, jakim powinien być partner w małżeństwie, powie ci prawdę i ostrzeże przed mrzonką, którą moglibyśmy uznać za świetny pomysł na życie. To był spektakl, który zrealizowaliśmy świeżo po ślubie i można powiedzieć, że to był taki nasz "ślub artystyczny". Obiecaliśmy sobie, że będziemy opowiadać historie, w których sami analizujemy rzeczywistość, a zarazem promujemy związki długotrwałe, w domyśle rodzinę. Bo to daje zakotwiczenie i stabilną perspektywę w otaczającej, chaotycznej rzeczywistości.

PAP: Nad czym pan obecnie pracuje jako aktor i reżyser?

R. K.-K.: W maju odbędzie premiera w TVP Kultura monodramu telewizyjnego "Ziemia uderzyła o piłkę", w którym zagrałem kogoś podobnego do siebie, a reżyserem jest Grzegorz Jankowski. To jest bardzo osobista historia, zawierająca motywy z mojego życia, opowiadająca o relacjach z matką i ojcem. Teatralną wersję tego monodramu "Matko Jedyna!" przygotowałem przed rokiem na Festiwal Nowe Epifanie.

A jako reżyser powoli przymierzam się do filmu o pewnym Holendrze, który wziął udział w Powstaniu Warszawskim. Na razie jestem na etapie researchu. Historia wydaje się bardzo ciekawa, bo był to Holender, który przybył tutaj z Niemcami w jednostce SS, ale zakochał się w warszawiance i przeszedł na stronę powstańców. Niestety, opowieść kończy się bez happy-endu. 

Wspólnie z żoną rozwijamy kilka projektów, ale są na takim etapie, że jeszcze nie mogę zdradzić szczegółów. Na pewno z Grzegorzem Jankowskim będziemy chcieli zrobić film, który dzieje się w świecie bokserskim.