Kulisy budzącej ogromne kontrowersje sprawy opisuje „New York Times”. Gazeta informuje o ciągnącej się od prawie dwóch lat sprawie pozwu, złożonego przez siedmiu użytkowników Twittera - a przy tym zażartych krytyków obecnego prezydenta - którzy zostali zablokowani na koncie @realDonaldTrump, co oznacza, że nie widzą nowych wpisów Trumpa, ani nie mogą ich komentować.

Sfrustrowani internauci uważają oni, że skoro prezydent używa prywatnego konta na Twitterze do ogłaszania oficjalnych decyzji, konto jest w rozumieniu pierwszej poprawki forum publicznym, a zatem ich blokada jest niezgodną z prawem dyskryminacją z racji poglądów.
 
W maju zeszłego roku sąd pierwszej instancji przyznał im rację, w efekcie czego Trump został zmuszony do odblokowania autorów pozwu, a także dziesiątków innych osób, które wystąpiły o to samo. Ale w sierpniu ministerstwo sprawiedliwości odwołało się od tego wyroku i w miniony wtorek przedstawiło swoje argumenty w sądzie apelacyjnym.
 
Prawnicy rządu argumentowali, że Donald Trump może blokować kogo tylko chce, bo robi to jako prywatna osoba, a na dodatek Twitter jest prywatną firmą, a nie forum publicznym, do czego odnosi się pierwsza poprawka. Jeden z sędziów zwrócił natomiast uwagę na pewną osobliwość, jaką jest fakt, iż ministerstwo sprawiedliwości reprezentuje przed sądem prywatną osobę, jaką w tym przypadku ma być Trump.
 
„New York Times” zauważa, że sprawa jest precedensowa i ma implikacje wykraczające daleko poza kwestie dotyczące prezydenta USA, bo politycy coraz częściej komunikują się z wyborcami poprzez media społecznościowe, które do pewnego stopnia zastąpiły osobiste spotkania. Zatem jeśli sąd apelacyjny podtrzyma orzeczenie, politycy będą się musieli dwa razy zastanowić przed zablokowaniem kogoś, jeśli nie chcą być narażeni na zarzut dyskryminowania osób z racji ich poglądów.