W debacie publicznej od kilku lat wraca do łask pojęcie inteligencji jako opiniotwórczej grupy społecznej. Przez dekady III RP zarówno na prawicy, w liberalnym centrum, jak i na lewicy termin nie cieszył się wzięciem. Niesłusznie uważano go za ideologiczny produkt Polski Ludowej z jej nowomową opartą na marksizmie i traktowanym instrumentalnie językiem walki klas. Gdy nastała III RP, inteligencja nie chciała już być inteligencją – szczególnie jej bardziej zasobna i wpływowa wielkomiejska część.

„Jak kapitalizm, to kapitalizm”

Nieźle znam Kraków, więc bez trudu potrafię wskazać, w jakich dzielnicach postawili sobie domy inteligenci, którzy w początkach lat 90. przestali kręcić powielaczem, a zaczęli kręcić biznesy. Podobnie jak znacznie liczniejsza inteligencja wywodząca się z nomenklatury PZPR – ona także chętnie pożegnała się z inteligenckim etosem, bo z czego innego można było żyć znacznie lepiej. Z poetycką lapidarnością dawno temu odmalował to Andrzej Sikorowski w songu Grupy pod Budą: „Moi koledzy poszli w biznesy, / bo przestał słuchać ich naród, / moim kolegom pęcznieją kiesy, / a ja zostałem sam – z gitarą”. I dodawał: „Jak kapitalizm, to kapitalizm!”... A że nie tylko inteligencki Krakówek znał od podszewki, to wiedział, co mówi.

Inteligenci PRL-owskiego chowu zawsze dobrze wyczuwali trendy, od 1948 r. ćwiczeni w „linii partii” szybko załapali, że w III RP mogą być menedżerami w filiach wielkich zachodnich firm, szefami agencji reklamowych, ludźmi od staro-nowego show-biznesu i raczkującego marketingu politycznego, właścicielami wydawnictw, lobbystami zagranicznego biznesu. Chętnie odpuścili sobie staroświeckie „bycie inteligentem”, by opisywać się anglojęzycznymi nazwami nowych zawodów, od których zaroiło się w Polsce po 1989 r. Gęby i nawyki zostały te same – ale swetry z wyciągniętymi rękawami zamieniły się w garnitury, okulary w rogowych oprawkach wymieniono na takie druciane, pozłacane. Inteligent szybko zapomniał wiersze Broniewskiego i Majakowskiego – uczył się potęgi pozytywnego myślenia, kapitalistycznej księgowości i obsługi programu Windows 95.

„Wyborczej” rząd dusz

Spora część inteligencji szybko zrozumiała, że postęp przybrał inne formy. Nie liczył się już sojusz robotniczo-chłopski, nie liczył się solidarnościowy etos, a Jan Paweł II okazał się dla wielu „nieznającym życia rygorystą”. „Gazeta Wyborcza” niemal z miejsca zaczęła nadawać ton inteligenckiej debacie, otwartym tekstem wskazując, że teraz to rynek zawsze będzie miał rację, że bardzo wiele trzeba „po chrześcijańsku” wybaczyć postkomunistom, a z Kościołem, owszem, będzie można dyskutować po partnersku, jeśli będzie grzecznie potakiwał teologom i publicystom najbardziej progresywnych nurtów posoborowych. Część inteligencji na to nie poszła, więc przybito jej stempelek prawicowej, i to na dobre załatwiło dyskusję z oponentami. Tzw. prawicowy inteligent był przez salon traktowany z zasady protekcjonalnie. Protekcjonalnie, ale życzliwie, jeśli próbował dogadywać się z liberalnym inteligentem; protekcjonalnie i wrogo, jeśli był hardy i głośno mówił, co mu się w „Wyborczej” nie podoba. Najbardziej krnąbrnych po prostu przemilczano albo, jak w przypadku Zbigniewa Herberta, sugerowano, że na stare lata zdziwaczeli.

Znaczna część inteligencji szybko też odkryła, że można się podłączyć pod zachodni krwiobieg finansowy, wspierający społeczeństwo obywatelskie w jego liberalno-lewicowym wydaniu. Na polski demoliberalizm środki dawały instytucje starych demokracji, amerykańskie organizacje, transnarodowy wielki kapitał i zachodnioeuropejskie stowarzyszenia charytatywne, często chrześcijańskie. Polskie państwo biedowało, w realny socjalizm nikt już nie wierzył: kraje i społeczeństwa zachodnie dawały zaś i środki i idee. Jedni szczerze w to uwierzyli. A sprytni szybko spostrzegli, że wejście w ten system i ustawienie się odpowiednio blisko „rozdzielnika” pozwoli cieszyć się i prestiżem, i pieniędzmi. I nawet jeśli społeczne oddziaływanie wielu tego typu organizacji, nadmuchiwanych przez tzw. brygady Marriotta, było mizerne, to jednak rachunki się zgadzały. Czym były brygady Marriotta? Tak w latach 90. XX w. nazywano, nie tylko wśród raczkujących NGO-sowców, „apostołów kapitalizmu i demoliberalizmu”, którzy przemieszkiwali w tym warszawskim hotelu.

Inteligencja i PiS

Od kilku lat termin „inteligencja” wraca do łask. Chętniej przywołują go publicyści wszelkich opcji. Na prawicy większy wpływ miała na to zapewne książka „Inteligencki totem. Arystokracja, szlachta i ziemiaństwo w polskiej przestrzeni społecznej” Tomasza Zaryckiego i Rafała Smoczyńskiego. Na lewicy i wśród liberałów w inteligencji chętnie rozpoznano świadomą swoich praw i obowiązków grupę walczącą z polskim zaściankiem i ciemnogrodem. Z rozbawieniem obserwuję dziś, jak w przeróżnych dyskusjach w mediach społecznościowych ćwierćinteligenci z komitetu obrony plutokracji mówią o sobie „my, inteligencja”. Z jednej strony to miło, że znów doceniają wagę inteligenckiego etosu, z drugiej – obawiam się, że znaczna część z nich robi to ze snobizmu. I nigdy nie miała w rękach „Rodowodów niepokornych” Bohdana Cywińskiego.

Najbardziej interesujące jest jednak coś innego. Bardziej lub mniej krytyczni wobec Prawa i Sprawiedliwości są na ogół zarówno inteligenci liberalni, jak i ci konserwatywni. Jedni i drudzy mają po temu różne racje, ale efekt jest podobny – dystans wobec polityki partii rządzącej. W wypadku prawicy świetnie widać to choćby po Klubie Jagiellońskim i środowisku „Nowej Konfederacji” – ludzi intelektualnie bardzo sprawnych i dystansujących się od zerojedynkowych ocen rzeczywistości. Konserwatywni inteligenci rzadziej są wobec PiS tak bezwzględni jak ci liberalni, bo toczą „spór w dużej rodzinie”, ale potrafią być nie mniej surowi w ocenach i dociekliwi w ocenie rządów. I dobrze, bo to daje nam wszystkim szersze perspektywy metapolityczne.

A mimo to Prawo i Sprawiedliwość świetnie sobie radzi politycznie, co jest dość niezwykłe, bo w Polsce opinia inteligencji o klasie politycznej jest naprawdę ważna. Inteligencja może się ukrywać ze swoją tożsamością, ale przez dekady III RP nigdy nie straciła wpływu na opinię publiczną, ponieważ jej nowo-stara elita ma świetny kontakt z demiurgami mainstreamowych mediów. PiS mimo to wciąż jest w stanie utrzymać wysokie poparcie, bo minął szerokim łukiem liberalną i konserwatywną inteligencję, by dotrzeć do zwykłych ludzi. I zdobył to zaufanie przeróżnych grup społecznych niejako wbrew opiniotwórczej wielkomiejskiej inteligencji. Jakim cudem? Swoją polityką społeczną. I tego nie rozumie także niemała część konserwatywnej wielkomiejskiej inteligencji.