Łącznie (Baltic Pipe – 10 mld m3; powiększony terminal LNG – 7,5 mld m3 + kilka mld m3ze złóż krajowych) da to rocznie ok. 20 mld m3. Ta wielkość pozwoli nie tylko na zaspokojenie krajowych potrzeb (zużywamy rocznie ok. 17-18 mld m3 gazu), ale i na jego eksport. Nie przedłużanie tzw. kontraktu jamalskiego z Gazpromem na import błękitnego paliwa po 2021 r. zapowiedział w związku z tym całkiem niedawno min. Piotr Naimski, pełnomocnik rządu ds. strategicznej infrastruktury energetycznej.


Obecnie wciąż ok. 2/3 krajowego popytu pokrywamy gazem importowanym od Gazpromu z rosyjskiego Półwyspu Jamał. To i tak „postęp”, bowiem jeszcze przed kilkoma laty rosyjskie paliwo zaspokajało krajowe potrzeby niemal w 100 proc. Co gorsza, mimo że jesteśmy krajem graniczącym z Rosją, za gaz od niej sprowadzany, wskutek zapisów, które wymógł Gazprom, na które zgodził się ówczesny negocjator kontraktu ze strony polskiej, b. wicepremier Waldemar Pawlak, płacimy jedne z najwyższych cen w Europie, wyższe nawet od tych, które płaci Gazpromowi Wielka Brytania, znacznie przecież bardziej niż Polska odległa od Rosji.


To właśnie ten czynnik oraz polityka dywersyfikacji (różnicowania) źródeł importu paliw energetycznych, którą konsekwentnie realizuje obecny rząd, popierana zresztą przez Unię Europejską, sprawiły, że kontrakt jamalski nie będzie przedłużany.


Zgodnie z rozporządzeniem rządu z 24 kwietnia 2017 r. w sprawie minimalnego poziomu dywersyfikacji dostaw gazu ziemnego z zagranicy jeszcze do 2022 r. udział gazu ziemnego sprowadzanego z jednego źródła będzie mógł wynosić maksymalnie 70 proc. (a więc tyle, ile jeszcze niedawno wynosił udział gazu z Gazpromu), ale już od 2023 r. spadnie do 33 proc.


Z informacji Ministerstwa Energii wynika, że w 2017 r. największy udział w imporcie gazu ziemnego do Polski miała Rosja (65,6 proc. całkowitego importu – jeszcze w 2016 r. było to aż 74,3 proc.), z krajów UE pochodziło 23,3 proc. importowanego paliwa (z czego 97 proc. z Niemiec); łącznie LNG – 11,2 proc. udziałów (w tym większość z Kataru). Pozostały 1,16 proc. importowanego paliwa pochodził z Norwegii i USA.


Obecny rząd rozbudowuje przy tym infrastrukturę konieczną do dystrybucji gazu ziemnego: sieć gazociągów (w tym łączących nasz system dystrybucji z Niemcami, Czechami, Słowacją i Litwą) oraz liczbę i pojemność magazynów potrzebnych do gromadzenia paliwa na wypadek wzmożenia nań popytu (np. w okresie zimowym).


Wynika to też z faktu, że ilość gazu zużywana w naszej gospodarce z roku na rok wzrasta. Jeszcze w 2012 r. zużyliśmy 15,8 mld m3 tego paliwa, w ub. r. – ok. 17,7 mld m3. Zaś według różnych prognoz w następnej dekadzie będziemy potrzebowali co roku 18–20 mld m3. Z kolei według danych Ministerstwa Energii udział tego paliwa w produkcji energii elektrycznej, który jeszcze w 2011 r. wynosił 2,67 proc., w 2017 r. sięgnął poziomu 4,32 proc. W kolejnych latach udział ten się zapewne zwiększy. Tym bardziej że gaz powinien być jednym z paliw, które zastępować będzie węgiel wraz ze stopniowym zmniejszaniem jego udziałów w naszym miksie energetycznym.